Polityka gospodarcza

Problemy górnictwa w Polsce powracają jak bumerang od początku transformacji, ale obecnie branża doszła do ściany i potrzebne są odważne decyzje polityczne, aby w sposób uporządkowany i społecznie akceptowalny wygasić wydobycie węgla kamiennego bez szkód dla gospodarki i budżetu państwa, który nadal dopłaca rocznie grube miliardy złotych do utrzymania branży.

Problem z ciężarem górnictwa dla budżetu państwa nie zaczął się dekadę temu, ani przed dwoma dekadami. To spuścizna po PRL-u, zarówno gospodarcza, jak i społeczna, bo górnictwo traktowane było jak fundament gospodarki, pomimo że trzeba było je słono dotować. Jednym z największych problemów na starcie Planu Balcerowicza na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego wieku było właśnie utrzymywanie branży górniczej, która fedrowała na potęgę, ale sama utrzymać się nie potrafiła. Można powiedzieć, że minęło 35 lat od początku transformacji, która kompletnie zmieniła oblicze polskiej gospodarki, a górnictwo jak było ciężarem dla państwa, tak jest do dziś, i to pomimo niezwykle szybkiej transformacji energetycznej i rozwoju Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) na lądzie (farmy wiatrowe i fotowoltaika), a także realizowanych planów budowy wielkich farm na Bałtyku i elektrowni atomowej. Z raportu przygotowanego na zlecenie Fundacji Przyjazny Kraj przez centrum analityczne Polityka Insight wynika, że od 1989 r. kolejne rządy wypłaciły kopalniom w sumie ok. 150-160 mld zł pomocy publicznej w ramach bezpośrednich transferów finansowych, obejmujących m.in. dotacje budżetowe, umorzenia zobowiązań (np. podatkowych, wobec ZUS) oraz dokapitalizowanie spółek poprzez emisję akcji/obligacji czy transfery za pośrednictwem innych spółek skarbu państwa. Z tego nie mniej niż ok. 20 proc. wypłacono w latach 2015-2025 r. Według raportu kwota ta byłaby znacząco wyższa, gdyby doliczyć do tego świadczenia socjalne dla pracowników kopalń, np. emerytury i urlopy górnicze, odprawy itp. Wsparcie publiczne dla górnictwa ma wynieść ok. 5,5 mld zł w 2026 r., wobec 9 mld zł w 2025 r. i 7 mld zł w 2024 r.

Tak gigantyczne transfery z publicznej kasy jedynie maskują nieefektywność branży, przerywaną krótkimi okresami dobrej koniunktury, kiedy ceny węgla były na tyle wysokie, że pokrywały horrendalnie wysokie koszty wydobycia. Nie na próżno rynek surowcowy nazywany jest rynkiem „króla i żebraka”, bo kiedy ceny surowców są wysokie kopalnie i górnicy żyją jak królowie, ale kiedy szorują po dnie, jak to mamy obecnie, cała branża staje się „żebrakiem”. Dziś, kiedy branża ponownie przeżywa kryzys, warto przypomnieć dlaczego koszty wydobycia węgla w Polsce są tak wysokie, że opłaca się nawet importować surowiec z odległych, egzotycznych kierunków. Polskie górnictwo skoncentrowane głównie na Śląsku dochodzi o granic geologicznych, za którymi jest nie tylko bezsensowne generowanie coraz większych kosztów, ale także ryzykowanie życiem i zdrowiem zatrudnionych górników. Wydobywanie węgla na pokładach nawet poniżej 1000 metrów nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Taki surowiec musi konkurować nie tylko na rynkach światowych, ale i krajowym z węglem wydobywanym w wielu krajach często w kopalniach odkrywkowych, gdzie koszty są radykalnie niższe, a jakość często lepsza. Stąd też import tańszego surowca do Polski, który pomimo protestów górników ma się dobrze, a jego największa skala miała miejsce za poprzedniego rządu, gdy zalewał nas wprost węgiel rosyjski, skutecznie wypierając krajowy z rynku. Kolejnym problemem jest to, że wydajność w polskich kopalniach systematycznie maleje, co dodatkowo pogarsza ich pozycję wobec zagranicznej konkurencji, warto dodać już wyłącznie pozaunijnej, bo po zakończeniu wydobycia w ostatniej kopalni w Czechach nikt już poza Polską nie prowadzi takiej działalności.

Jednak nie tylko geologia, jakość węgla i wydajność pracy ważą na konkurencyjności, bo kluczowe znaczenie mają  koszty osobowe, czyli mówiąc wprost płace górników, w kosztach działalności kopalń – stanowią one aż 60 proc. i znacząco wzrosły podczas poprzednich rządów, które za wszelką cenę starały się zbić kapitał polityczny na Śląsku i szły na wszystkie ustępstwa płacowe, aby tylko zachować tzw. spokój społeczny, kompletnie nie przejmując się tym, że w dłuższej perspektywie to otwarcie drogi do bankructwa kopalń. Lekką ręką wydawano także miliardy złotych w spółkach skarbu państwa, które decyzjami politycznymi angażowane były w ratowanie górnictwa, a nie jego reformowanie. Dlatego dziś, kiedy koszty osobowe są kamieniem młyńskim ciągnącym w dół całą branżę, powinny dziwić głosy, że ratowanie branży ma odbywać się bez sięgania do kieszeni górników, bo zostały one w ostatniej dekadzie ponadprzeciętnie wypełnione dzięki zblatowaniu władzy politycznej i lobby węglowego. Wypłaty dodatkowych pensji czy tzw. Barbórki to kosztowne relikty poprzedniej epoki, które nie mają żadnego uzasadnienia ekonomicznego, szczególnie w sytuacji, gdy spółki ponoszą straty. Wypłata nagród przy stratach i groźbie upadłości nosi znamiona wręcz działania na szkodę spółek i to sytuacja kompletnie nie do pomyślenia w prywatnych firmach.

Zatem ograniczanie wydobycia powinno iść w parze z konsekwentnym obniżaniem zatrudnienia, co można osiągnąć nie tylko przez zwolnienia, jak dzieje się w prywatnych firmach, ale także programy dobrowolnych odejść, które cieszą się dużą popularnością wśród górników zdających sobie sprawę, że branża przechodzi do historii. Obecnie kopalnie zatrudniają ok. 72 tys. pracowników, a w ciągu ostatniej dekady odeszło ok. 24 tys. To oznacza, że problem społeczny staje się coraz mniejszy i łatwiej nim zarządzić, pod warunkiem odwagi politycznej. Obecny poziom zatrudnienia i płac w górnictwie jest nie do utrzymania, tym bardziej, że – według wspomnianego raportu – w najbliższych latach popyt na węgiel w energetyce będzie gwałtownie maleć. W 2030 r. w Polsce mają pozostać bloki węglowe o łącznej mocy 6–7 GW, zużywające jedynie 5–6 mln t surowca rocznie. Zatem zakończenie wydobycia węgla  kamiennego w Polsce nastąpi znacznie szybciej niż w 2049 roku ustalonym w umowie społecznej z 2021 roku. I warto się gospodarczo, społecznie i politycznie przygotować, aby racjonalnie zamknąć ten proces.