Kryzys paliwowy

Rząd intensywnie zastanawia się jak ulżyć kierowcom na stacjach benzynowych i jednocześnie zapobiec wyskokowi inflacji z powodu wzrostu cen paliw. Ale pod uwagę powinien brać też skutki dla budżetu państwa, który dosłownie „wisi” na wpływach z VAT i ich obniżka może powiększyć dziurę budżetową, co podbije – i tak wysokie – koszty długu publicznego.

Wojna na Bliskim Wschodzie po raz kolejny pokazała jak świat jest zależny od ropy naftowej i jak wszelkie zawirowania na tym rynku szybko odbijają się na gospodarkach i inflacji. Skokowy wzrost cen baryłki ropy przełożył się natychmiastowo na ceny na stacjach paliwa dla konsumentów i firm. Ci pierwsi łapią się za portfele widząc drożejącą benzynę i olej napędowy, ale płaczą i płacą. Ci drudzy, też płaczą i płacą, ale zastanawiają się jak skutki finansowe przerzucić na swoich kontrahentów w cenach usług i towarów. Tak właśnie nakręca się spirala inflacyjna, która powinna budzić niepokój, ponieważ dopiero co udało się po długich sześciu ciężkich inflacyjnych latach sprowadzić ją do celu NBP (2,5 proc. plus/minus 1 pkt proc.). Dopiero co w lutym z ulgą przywitaliśmy spadek wskaźnika wzrostu cen do zaledwie 2,1 proc. (rok do roku), a Rada Polityki Pieniężnej po raz kolejny obniżyła cenę kredytu. Tyle, że optymizm inflacyjny wyparował z końcem poprzedniego miesiąca, jak tylko została rozpętana wojna na Bliskim Wschodzie i baryłka ropy WTI podskoczyła z 65 do 90-100 dolarów za baryłkę (w szczycie paniki na rynku aż 115 dolarów, czyli blisko szczytu z wojny w Ukrainie – 120 dolarów). Warto pamiętać, że inflacja to nie tylko realne przełożenie się wyższych kosztów paliw na ceny usług i towarów, ale także oczekiwania inflacyjne, czyli powszechne przekonanie, czy – umownie – wszystko będzie drożeć czy tanieć. Widząc co dzieje się z cenami paliw konsumenci i przedsiębiorcy łatwo mogą dojść do wniosku, że należy oczekiwać wzrostu cen i w konsekwencji dołożą do tego też swoją cegiełkę, nakręcają w ten sposób skutkami swoich oczekiwań wskaźnikowy wzrost cen. Zatem sytuacja zrobiła się niebezpieczna w kategoriach makro, bo wywołanie kolejnej fali inflacyjnej staje się realne, co uderzy w dobrze rozwijającą się przy dotychczasowej niskiej inflacji gospodarkę i pogorszy perspektywy PKB.

Dlatego podjęcie działań politycznych w zakresie cen paliw jest jak najbardziej uzasadnione, ponieważ daniny (VAT i akcyza) są fundamentalnymi składnikami ceny jaką obserwujemy na stacjach benzynowych. I przy  poprzednich szokach energetycznych mieliśmy z takimi działaniami do czynienia zarówno w Polsce, jak i zagranicą, ponieważ wszędzie ceny paliw mają znaczenie nie tylko czysto ekonomiczne, ale również społeczne i polityczne – wszak to wyborcy tankują. I wiele krajów szybko zdecydowało się na działania np. Hiszpania obniżyła VAT, a Włochy ścięły podatek akcyzowy. W kierunku obniżki różnych danim od paliw poszły również np. Szwecja i Portugalia. Szybkość działania tych rządów zostanie na pewno doceniona przez wyborców politycznych. Tymczasem w Polsce nadal trwa debata na ten temat, mamy zaniechanie zamiast działania, co może być kosztowne politycznie.

Jednak wahania rządu dotyczące obniżki VAT łatwiej zrozumieć jeśli weźmie się pod uwagę jakie znaczenie dla dochodów państwa ma właśnie ta danina. W raporcie „Luka VAT w Polsce 2000-2025: przyczyny, działania, efekty. Czy ograniczenie luki VAT jest trwałe?” przygotowanym przez Instytutu Finansów Publicznych w partnerstwie i ze wsparciem pomysłodawcy projektu Fundacji Przyjazny Kraj, jego autorzy (Sławomir Dudek, Ludwik Kotecki i Konrad Walczyk) wyraźnie zaznaczyli – w kontekście luki  VAT, ale ma to znaczenie znacznie szersze – że „VAT to w Polsce jedna z największych pozycji dochodowych, a wahania luki VAT przekładają się na miliardy złotych różnicy w dochodach budżetowych. W praktyce oznacza to, że luka VAT wpływa nie tylko na saldo sektora finansów publicznych, lecz także na przestrzeń dla polityk publicznych: możliwości finansowania usług publicznych, stabilność reguł fiskalnych, wysokość i koszt długu publicznego oraz wiarygodność państwa w oczach inwestorów i obywateli.” Można rozwinąć tę tezę, że jakiekolwiek obniżanie wpływów z VAT np. od paliw jest trudne do zaakceptowania dla budżetu państwa, gdyż przekłada się utracone miliardy złotych, co dodatkowo i tak już  komplikuje finanse  publiczne obciążone gigantycznymi wydatkami socjalnymi jak 800+, 13. i 14. tzw. emerytura czy tzw. „babciowe”. Dochody kasowe z VAT za cały 2025 r. wyniosły 321,6 mld zł, co warto porównać z planowanymi całkowitymi tegorocznymi dochodami budżetu na poziomie niespełna 650 mld zł. Pogorszenie wpływów z VAT zapewne nie uszłoby uwadze szczególnie zagranicznych inwestorów, którzy kupują polskie obligacje rządowe. Ich rentowności wystrzeliły po wybuchu wojny z poniżej 5 proc. do blisko 6 proc. , co jest fatalną informacją w zakresie kosztów obsługi horrendalnie rozdętego za rządów Zjednoczonej Prawicy długu publicznego (obecny rząd również idzie szybką ścieżką zadłużania państwa). A stąd już tylko krok do obniżenia ratingów Polski, osłabienia waluty i końca naszego cudu gospodarczego.

 

Dlatego decydując na obniżkę danin od paliw rząd znajduje się między młotem i kowadłem: z jednej strony przemawia za tym chęć zapobieżenia wzrostowi inflacji i polityczna kalkulacja, z drugiej obawa przed pogorszeniem i tak już fatalnego stanu finansów publicznych. Najważniejsze jednak, aby inwestorzy, konsumenci i przedsiębiorcy widzieli działanie, a nie byli świadkami zaniechania jak się dzieje dotychczas.