Finanse publiczne

Końca szaleńczej galopady długu publicznego nie widać na horyzoncie, niezależnie od rządzącej opcji politycznej. Zadłużenie na koniec 2025 r. liczone według metodologii unijnej dobiło do granicy 60 proc. do PKB, co ma znaczenie nie tylko symboliczne, ale przede wszystkim jest dojściem do granicy wyznaczonej traktatami z Maastricht, zza której bardzo trudno powrócić…

Najnowsze dane o długu publicznym PL, zarówno liczone według ulgowej metodologii krajowej (PDP) jak i kompleksowej unijnej (EDP), nie pozostawia złudzeń, że idziemy na finasową ścianę, za zgodą polityczną głównych opcji politycznych popieranych przez niestety nie mającą świadomości skutków takich działań większość społeczeństwa. Dług wyhodowany za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy jest nadal chętnie zwiększany przez aktualnie rządzącą koalicję, a zapewnienia o chęci jego ograniczenia można włożyć miedzy bajki, nawet jeśli Polska została objęta przez Brukselę procedurą nadmiernego deficytu, która powinna – przynajmniej teoretycznie – doprowadzić do opamiętania w sprawie finansów publicznych i podjęcia działań  zmierzających do jego ograniczenia z ponad 7 proc. do poziomu 3 proc. wynikającego z traktatów unijnych. Nie widać jednak żadnej determinacji w ograniczeniu deficytu, bo należałoby podjąć bolesne decyzje o ograniczeniu wydatków, głównie socjalnych, co w okresie przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku jest politycznie nieakceptowalne przez większość parlamentarną i wskazuje na niską odpowiedzialność za przyszłość Polski szybko pogrążającej się w zadłużeniu.

Liczby są bezlitosne: dług wg metodologi unijnej (EDP doszedł na koniec zeszłego roku do 2,335 bln zł, a krajowej (PDP) – 1,913 bln zł. Różnica tego rachunku to blisko 422 mld zł powstałe na skutek długu generowanego poza kontrolą parlamentarną, czyli faktycznie drugiego równoległego budżetu państwa, wykorzystywanego od lat bez skrupułów przez polityków. To pozycja niezwykle niebezpieczna nie tylko ze względu na skalę, ale również koszty, ponieważ dług generowany przez fundusze przy PFR i BGK jest droższy niż zaciągany bezpośrednio przez skarb państwa, bo inwestorzy chcą więcej widząc, że nie kupują bezpośrednio od państwa, tylko jego podmiotów. Dług pozaparlamentarny rozplenił się co prawda za poprzedniej ekipy rządzącej, ale obecna sięga także po niego bez żenady, tym bardziej, że w przestrzeni publicznej panuje retoryka, że pieniądze idą na priorytetowy cel, jakim jest obronność kraju. Sęk w tym, że to tylko część długu pozaparlamentarnego, a pieniądze z nadal (!) istniejącego funduszu antycovidowego szły m.in. na mrożenie cen prądu, co jest zabiegiem czysto populistycznym, aby zyskać przychylność wyborców bez patrzenia na skutki dla finansów publicznych. W ten sposób nasz dług pozaparlamentarny puchnie w oczach, a wraz z nim wskaźnik zadłużenia liczony wg metodologii unijnej, który na koniec 2025 roku doszedł już do 59,97 proc. i – mamy pełne prawo przypuszczać – przekroczył próg 60 proc. w I kwartale 2026. Co to oznacza? Ano, przekroczenie dłużnego Rubikonu, bo poziom 60 proc. jest zapisany w traktatach unijnych jako – teoretycznie – granica zaciągania długu przez państwo unijne. Oczywiście zwolennicy zadłużania się ponad miarę wg zasady „po nas choćby potop” szybko rzucają argument, że przecież inne kraje są o wiele bardziej zadłużone, nawet ponad 100 proc., i nic się nie dzieje. Sęk w tym, że takie państwa jak Grecja, Włochy czy Francja należą do strefy euro, która daje o wiele większą ochronę niż rzekoma „strefa złotego”, o której bajkowo można było usłyszeć za rządów Zjednoczonej Prawicy. Mówiąc wprost: mając złotego zadłużamy się drogo, a nawet bardzo drogo. Rentowności polskich obligacji 10-letnich na fali niepokojów związanych z wojną na Bliskim Wschodzie podeszły do progu 6 proc. (wzrost z grubsza o 1 pkt proc.), co oznacza koszmarny wzrost kosztów obsługi długu, na który w budżecie państwa przeznaczamy już blisko 100 mld zł rocznie przy przychodach całkowitych niespełna 650 mld zł. Tymczasem Grecja pożycza na 3,9 proc., Włochy – 3,7 proc., a Francja – 3,5 proc. Pod względem kosztów długu jesteśmy w niechlubnym towarzystwie Węgier 7 proc.,co jest powodem jednak powodem do głębokiej refleksji nad oceną zagranicznych inwestorów dla PL…

Co więcej, zadłużenie w skali 2025 roku urosło nominalnie aż o 322 mld zł, czyli produkcja długu publicznego idzie pełną parą. Ale nawet ukrywając dług w funduszach pozabudżetowych widać, że skokowo, bo aż o 5 pkt. proc. wzrosło zadłużenie wg krajowej metodologii (PDP) i sięgnęło poziomu 49,1 proc., a tylko zobowiązania wobec sektora bankowego krajowego podskoczyły o 167 mld zł, czyniąc go niezwykle wrażliwym na ewentualną przecenę obligacji rządowych, co może doprowadzić do systemowego kryzysu bankowego. Podsumowując, mamy pełnię festiwalu długu publicznego, a politycznie nie ma żadnych hamulców przed zadłużaniem kraju prowadzącym do kryzysu finansów publicznych jakiego nie mieliśmy od początku transformacji gospodarczej.