Finanse publiczne

Rząd mało robi sobie z obietnic ograniczenia deficytu budżetowego, który w 2025 roku sięgnął aż 7,3 proc. I to pomimo objęcia Polski dwa lata temu unijną procedurą nadmiernego deficytu (EDP). Polityczna niechęć do uzdrowienia finansów publicznych, motywowana wyborczymi kalkulacjami, powoduje, że mamy również rekordowe na tle Europy koszty obsługi długu publicznego, bo skoro deficyt szybuje, to inwestorzy każą sobie płacić za obligacje jak za zboże.

Dane statystyczne o zeszłorocznym deficycie nie powinny być zaskoczeniem, wszak to problem spędzający od lat sen z powiek kolejnych ministrów finansów, ale tym razem powala zarówno skala, jak i lekceważenie procedury nadmiernego deficytu. Skoro deficyt sięgnął aż 7,3 proc. (284 mld zł), oznacza to, że dyscyplina w finansach publicznych jest czysto iluzoryczna, ponieważ przed rokiem wskaźnik wynosił „jedynie” 6,4 proc. a rok wcześniej – 5,2 proc. W poprzednich latach także byliśmy znacząco powyżej maksimum wynikającego z traktatów unijnych (3 proc.), ale zeszłoroczny wynik to po prostu odjazd. Żadnym pocieszeniem nie może być fakt, że PKB również solidnie rośnie – w 2025 roku było to 3,913 bln zł – ponieważ dług rośnie znacznie szybciej, a w zasadzie galopuje, bo doszedł do 2,335 bln zł (rok wcześniej 2,014 bln zł). Niestety, jesteśmy na niechlubnym unijnym pudle pod względem skali deficytu, tuż za pogrążoną w gospodarczych problemach Rumunią.

Warto przypomnieć, że wdrażanie wobec Polski unijnej procedury nadmiernego deficytu rozpoczęło się w połowie 2024 roku, a historia naszej ponad 20-letniej obecności w UE naznaczona jest co rusz długotrwałą procedurą nadmiernego deficytu. Do tego Komisja Europejska zdecydowała się na taki ruch przy poziomie nadmiernego deficytu sektora finansów publicznych (EDP) 5,1 proc., a po dwóch latach w rygorze EDP mamy aż 7,3 proc. Z tych liczb wynika, że rząd niewiele sobie robi z deficytu i poza werbalnymi deklaracjami oraz notyfikacjami do Brukseli nic się skutecznie nie dzieje, aby skierować deficyt w stronę traktatowych 3 proc. Podnoszone jako usprawiedliwienie dla Polski, że tak wysoki deficyt to efekt koniecznych wydatków na obronność nie broni się, ponieważ to jedynie ok. 1,5 pkt. proc. deficytu. Zatem za cały pozostały ogromny nawis deficytu odpowiada rozrzutna polityka socjalna państwa, co widać było szczególnie w roku wyborów prezydenckich 2025. Ale skala wzrostu deficytu ma swoje źródło w wieloletnim psuciu finansów publicznych rozpoczętym po 2015 roku, szczególnie poprzez kreowanie wydatków finansowych z długu publicznego poza kontrolą parlamentarną, co wcale nie zostało ukrócone po zmianie władzy w 2023 roku.

Psuje się dramatycznie nie tylko deficyt budżetowy, ale także wskaźnik relacji długu publicznego do PKB. Na koniec 2025 roku byliśmy o włos od przekroczenia unijnej bariery 60 proc. i można założyć, że w kolejnych miesiącach 2026 ta granica padła. W zaledwie dwa lata dodaliśmy 10 pkt. proc.(!), a w ostatni rok z grubsza połowę z tego, co wskazuje, że rządzącym kompletnie puściły hamulce w zadłużaniu kraju. Inwestorzy, szczególnie zagraniczni, widząc co się dzieje każą sobie słono płacić za dług – rentowności dziesięcioletnich obligacji rządowych wynoszą 5,6 proc. i więcej płacą jedynie Węgrzy i Rumuni. Oczywiście do konstytucyjnej granicy 60 proc. mamy jeszcze trochę zapasu, ale wynika to z dość kreatywnego liczenia długu wg metodologii PDP, gdzie nie wliczany jest dług pozaparlamentarny ulokowany w funduszach przy BGK i PFR. Ponownie żadnym pocieszeniem nie jest fakt, że do średniej unijnej  (blisko 82 proc.) mamy jeszcze spory zapas. Pozostając poza strefą euro narażamy się na kryzys zadłużeniowy ze względu na koszty obsługi długu, które w strefie euro – na skutek rozsądnej polityki Europejskiego Banku Centralnego w sprawie stóp procentowych – pozostają dużo niższe niż w Polsce. Rentowności niemieckich obligacji, traktowanych jako benchmark, oscylują wokół zaledwie 3  proc., a sławetna Grecja pożycza na 3,8 proc. A w zeszłym roku zanotowała nadwyżkę budżetową 12 mld euro, więc nie ma już śladu po kryzysie z lat 2010-2012. U nas, im bardziej się zadłużymy, tym trudniej będzie uzdrowić finanse publiczne. Potrzeba do tego działań zarówno po stronie wydatków (socjal) jak i przychodów (podwyżki podatków i reforma systemu podatkowego, aby był adekwatny do potrzeb państwa). Bo nie można mieć szwedzkich wydatków i irlandzkich podatków – taki schemat wszędzie zbankrutował na dłuższą metę, a w Polsce politycy się go trzymają…