Wzrost cen w kwietniu do 3,2 proc. jest bardzo niepokojącym sygnałem, że hydra inflacji znów podnosi łeb i może wywołać falę turbulencji w gospodarce. Dla finansów publicznych i osobistych to coś znacznie więcej niż perspektywa wyższych kosztów obsługi długu, bo drogi kredyt może hamować inwestycje firm i wzrost PKB. Na razie stopy procentowe znieruchomiały prawie na całym świecie, a zakładano, że pójdą w dół.
Trwająca od ponad dwóch miesięcy wojna na Bliskim Wschodzie i szokowy wzrost cen ropy naftowej i gazu znajdują swoje odbicie w cenach nie tylko w Polsce, ale również np. w USA, gdzie inflacja konsumencka wynosi 3,8 proc. i obniżki stóp procentowych mogą pozostać w sferze marzeń, nawet jeśli szefem amerykańskiego banku centralnego Fed zostanie nominant prezydenta Donalda Trupa naciskającego bez ceregieli na tańszy kredyt niż obecnie. Na całym świecie impuls inflacyjny wywołany drogimi nośnikami energii dopiero się zaczyna dawać we znaki, a przedsiębiorcy zaczynają wliczać go w ceny towarów i usług wyższe koszty. Widać to w Polsce po wzroście wskaźnika miesięcznego – w kwietniu ceny były aż o 0,6 proc. wyższe niż w marcu. Zarówno inflacja roczna jak i miesięczna przebiła u nas oczekiwania analityków, a liderami były paliwa oraz energia. Żywność jak na razie drożeje jeszcze nieznacznie, ale przedłużający się konflikt i ropa oscylująca wokół 100 dol. za baryłkę nieuchronnie będą prowadzić do podwyżek cen i w tej kategorii. W efekcie po inflacji rok do roku zaledwie 2,1 proc. w lutym pozostało jedynie wspomnienie i zbliżamy się do górnej granicy celu inflacyjnego NBP (2,5 proc. plus/minus 1 pkt. proc.). Z jednej strony to dobra wiadomość dla budżetu, bo im wyższe ceny tym większe wpływy do kasy państwa z VAT, ale na tym niestety lista korzyści się kończy i zaczynają się schody.
Chyba największe zaskoczenie ponownym wzrostem inflacji widać będzie w kulejących i bez tego „czarnego łabędzia” finansach publicznym, bo trzymanie w ryzach ceny paliw detalicznych w ramach pakietu CPN kosztują utratę miesięcznie ok. 1,5 mld zł z podatków. Jednak prawdziwe zagrożenie czyha w kosztach obsługi długu publicznego, które i tak są już gigantyczne. Rentowności obligacji dziesięcioletnich sięgają 5,8 proc., a tuż przed wybuchem wojny zeszły poniżej psychologicznej granicy 5 proc. dając szansę na ulżenie budżetowi państwa, który na same odsetki wydaje już blisko 100 mld zł rocznie. Niestety, pozostawanie poza strefą euro odbija nam się czkawką, ponieważ mamy znacznie wyższe koszty obsługi długu niż inne kraje UE ze strefy euro, w tym nawet ciężko doświadcza przez kryzys Grecja. A biorąc pod uwagę, że mamy jeden z najkrótszych w UE okresów zapadalności długu, w tym roku – obok drogiego zaciągania nowych zobowiązań – będziemy zmuszeni do rolowania na nowych warunkach finansowych tanio zaciągniętego przed laty długu (Polska sprzedawała nawet obligacje z ujemną rentownością!). Rosnące wydatki na obsługę zadłużenia uderzają w perspektywy rozwojowe kraju, ponieważ wypychają wydatki na badania i rozwój, edukację czy innowacje. A dodatkowo wiatr hula w dziurze nakładów na ochronę zdrowia, gdzie nie ma skąd wziąć nowych środków, a potrzeby dramatycznie rosną z roku na rok. Zatem bilans wyższej inflacji dla finansów publicznych jest zdecydowanie ujemny, a może być jeszcze gorzej…
Skok inflacyjny to także przykra wiadomość dla gospodarstw domowych, które odetchnęły z ulgą po szczycie kosztów kredytu na poziomie 6,75 proc., ponieważ cykl obniżek sprowadził ją do 3,75 proc., czyli aż o 3 pkt. proc. mniej. Jednak konsumenci, szczególnie zadłużeni w hipotekach, liczyli na dalsze obniżki, co ulżyłoby ich finansom osobistym. Tymczasem Rada Polityki Pieniężnej przyjęła zasadę „wait and see”, aby tańszym kredytem nie dolać oliwy do inflacyjnego ognia, więc perspektywa niższych w tym roku stóp procentowych „odjechała”, szczególnie patrząc na rozwój wypadków na Bliskim Wschodzie. Zatem konsumenci nie dość, że nie będą mieć tańszego kredytu (oby nie był droższy…), to jeszcze dodatkowo coraz więcej płacą za towary i usługi. Na ich korzyść działa fakt, że dynamika płac jest po pozytywnej stronie, więc teoretycznie rekompensuje nie tylko efekt inflacyjny, ale dostarcza realnie większych dochodów. Niemniej zwrot w inflacji jest bardzo niepokojącym zjawiskiem, które w dłuższej perspektywie uderzy w gospodarkę z wielu kierunków i wystawi na próbę nie tylko finanse publiczne, ale i osobiste milionów Polek i Polaków. Dlatego hydra inflacji jest tak groźna, czego boleśnie doświadczaliśmy już od ponad sześciu lat…