Jeszcze na początku roku dominowały przewidywania, że stopy procentowe oraz inflacja powinny tylko iść w dół, ale konflikt w Zatoce Perskiej wywrócił stolik: drożejące surowce i paliwa sprawiły, że inflacja ruszyła w górę stawiając banki centralne przed dylematem: podnieść stopy czy strategia „wait and see”?
Po długich latach walki z inflacją rozpoczętą w okresie pandemii COVID-19 i kryzysu energetycznego wydawało się, że wiedźma inflacji została pokonana i jedyne co pozostaje bankom centralnym to dokonywanie stopniowego redukowania ceny kredytu, skoro gospodarki znalazły się w celu inflacyjnym. Oczekiwali tego z ulgą nie tylko przedsiębiorcy i konsumenci, ale także zadłużone po uszy państwa, uginające się pod ciężarem kosztów obsługi rozdętego długu publicznego. I taki scenariusz się spełniał aż do przełomu lutego i marca, kiedy atak na Iran znowu wywindował ceny ropy naftowej do ponad 100 dolarów za baryłkę, a pod znakiem zapytania stanęła także dostępność tego strategicznego surowca ze względu na blokadę Cieśniny Ormuz. Można powiedzieć, że stare demony wróciły razem z szokiem naftowym i gazowym, bo inflacja w największych gospodarkach ponownie ruszyła w górę, a za nią rentowności obligacji rządowych. Konieczne było przedefiniowanie polityki monetarnej przez największe banki centralne świata, bo kolejnego opóźnienia w reakcji na skok inflacji nie wybaczyliby wyborcy, zmęczeni wieloletnią inflacją oraz gigantycznym podatkiem infacyjnym jaki zapłacili. Dotychczasowe reakcje banków centralnych były jednak zróżnicowane, od umiarkowanych podwyżek po „wait and see”, aby ponownie nie wprowadzać droższego pieniądza do gospodarki ku rozpaczy państw, konsumentów i firm.
Pomimo widma rececji krążącej nad strefą euro Europejski Bank Centralny (EBC) zdecydował podnieść główna stopę o „ćwiartkę” po roku utrzymywania stabilnego poziomu. EBC należał do najlepszych banków w duszeniu inflacji postcovidowej, ale kiedy inflacja ponownie podskoczyła w maju do 3,2 proc. nie zawahał się i jednogłośnie przegłosował droższy kredyt. Okazało się, że niepokój wzbudziła nie tylko „zwykła” inflacja, ale także bazowa (po wyłączeniu cen energii i żywności), która również ruszyła w górę grożąc rozlaniem się po całej gospodarce strefy euro, co politycznie byłoby nie do zaakceptowania przez wyborców w czołowych krajach UE. Decyzja była szalenie trudna, bo w tym roku prognozowany wzrost PKB w strefie euro to jedynie 0,8 proc., zatem przy utrzymywaniu presji inflacyjnej mogłoby dojść nawet do recescji, a także niezwykle groźnego zjawiska stagflacji, czyli połączenia wysokiej inflacji i – w najlepszym razie – stagnacji gospodarczej. Zatem reakcja EBC była podręcznikowa na ponowne szybkie oddalenie się od celu inflacyjnego na poziomie 2 proc. Według EBC inflacja powinna wrócić do celu w II połowie 2027 roku, zatem przed strefą euro jeszcze co najmniej rok życia z podwyższoną inflacją. Stopy procentowe podniosły także np. Australia oraz Japonia, gdzie główna stopa znalazła się na najwyższym poziomie od 31 lat(!), choć to zaledwie… 1 proc.
Jednak nie wszędzie zapadły decyzje o podwyżkach, a wybrano politykę „wait and see”, aby przedwcześnie nie przydusić gospodarek droższym kredytem, oczekując mniej lub bardziej pokojowego rozwiązania konfliktu w Zatoce Perskiej, aby ropa mogła znowu płynąć swobodnie przez Cieśninę Ormuz. Liderem w „czekaniu i patrzeniu” okazał się amerykański bank centralny Fed, który pomimo skoku inflacji konsumenckiej w maju do aż 4,2 proc. (cel inflacyjny 2 proc.) zamroził stopy. W tym wypadku przesłanki ekonomiczne znalazły się w konflikcie z politycznymi, bo po pierwsze zmienił się szef Fed, a po drugie prezydent Donald Trump wielokrotnie wzywał do obniżek stóp, mając dość oryginalne własne wyobrażenie po ile powinien być kredyt w Ameryce. Gdyby nowy szef Fed rozpoczął od uzasadnionej w obliczu skoku inflacji podwyżki stóp, to miałby wielki minus w Białym Domu, wszak nie tego od niego oczekiwano. Zatem „wait and see” było salomonowym rozwiązaniem, podobnie jak w Polsce, gdzie bank centralny i RPP zatrzymali stopy w miejscu na poziomie 3,75 proc. przyglądając się rozwojowi wydarzeń.
Która polityka okaże się lepsza? Na razie zawarcie porozumienia między USA i Iranem przyniosło silne obniżki cen ropy, co powinno ulżyć inflacji, więc wydaje się, że wygrywa „wait and see”. Niemniej rodzi się pytanie o trwałość procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie i tempo w jakim światowa gospodarka, a wraz z nią ceny surowców energetycznych i paliw wrócą do poziomów akceptowanych z punktu widzenia banków centralnych oraz społeczeństw, bo na kolejny wyskok inflacji nikt nie może sobie pozwolić.