Perspektywy gospodarcze

Zauważalne osłabienie złotego do euro i dolara to coś więcej niż tylko reakcja na „gołębie” sygnały z NBP w sprawie stóp procentowych i „jastrzębie” z USA. Inwestorzy coraz bardziej biorą pod uwagę ryzyko związane z pogarszającym się stanem finansów publicznych i perspektywą wyborów w 2027 roku, która sprzyja bardziej dalszemu rozdawnictwu niż konsolidacji.

Euro po 4,35 zł i dolar po 3,80 zł to nie jest zdecydowanie poziom, jaki chcieliby widzieć polscy turyści na początku sezonu wakacyjnego. A jednak nasza waluta dała pokaz słabości jaki nie widziany był od kilkunastu miesięcy. Początkowo w grze były czynniki zewnętrzne na czele z geopolityką i wzrostem inflacji w USA, co może poskutkować podwyżkami stóp procentowych przez Fed (choć nie tego przecież oczekiwałby prezydent Trump od świeżo powołanego nowego szefa Fed) – w efekcie dolar się umacniał (kurs eurodolara spadł poniżej 1,14, to szybko nastąpił krajowy efekt „drugiej rundy”, bo skoro inflacja ponownie zeszła do celu NBP, to z centrali banku popłynęły sygnały o możliwej obniżce głównej stopy po wakacjach, czego inwestorzy raczej się nie spodziewali. Skumulowanie wieści z USA oraz krajowego podwórka spowodowało, że złoty znalazł się na cenzurowanym i zobaczyliśmy poziomy od dawna nie widziane. I na tym większość komentarzy w przestrzeni publicznej się kończy, choć warto wyjść poza bieżące wydarzenia zewnętrzne i wewnętrzne, aby w pełni ocenić problemy przed jaki stoi nasza waluta oraz obligacje.

Mowa oczywiście o stanie finansów publicznych i działaniach zmierzających do ich konsolidacji, a w zasadzie braku tych działań poza finansową kosmetyką. Dług publiczny puchnie w oczach jak puchł, i to zarówno w metodologii unijnej jak i krajowe (PDP), za obligacje płacimy jak za zboże, a nadmierny deficyt trzyma się mocno na horrendalnie wysokim poziomie jak się trzymał, pomimo unijnej procedury nadmiernego deficytu, która jest już od dwóch lat, ale efektów brak. Dochody państwa mają w tym roku sięgnąć blisko 650 mld zł, co wcale nie jest takie pewne, skoro miliardy zaplanowanych wpływów wyciekają a to na program CPN, a to na inne cele, a widoki na dodatkowe wpływy podatkowe są – mówiąc dyplomatycznie – słabe, skoro prezydent nie chce podpisywać ustaw zwiększających obciążenia fiskalne. Tym samym finanse publiczne znalazły się w potrzasku, skoro z  jednej strony kasa państwa jest przyciskana gigantycznymi wydatkami na cele socjalne (800+, tzw. trzynasta i czternasta emerytura) i spadającymi wpływami, a z drugiej nie ma co liczyć na dodatkowe dochody. W efekcie państwo zadłuża się na wyścigi, aby sprostać wydatkom, które nie mają pokrycia w dochodach, a jest tego prawie 272 mld zł w skali roku. Zatem trzeba sprzedawać więcej i więcej obligacji skarbowych, ale jest jeszcze gorsza wiadomość: trzeba rolować emisje sprzedane przed laty, bo przecież państwo generalnie nie spłaca swoich długów, tylko zamienia stary dług na nowy. I w tym miejscu dochodzimy do kluczowej sprawy rentowności obligacji – polskie „dziesięciolatki” oscylują  wokół 5,5 proc., co oznacza, że mamy najdroższy dług w całej Unii Europejskiej (poza pogrążonej w kryzysie Rumunii), a taniej od nas pożyczają nawet Węgry, które po odsunięciu od władzy premiera Orbana wróciły do łask inwestorów zagranicznych. Problem Polski polega też na tym, że musimy rolować „tanie” obligacje bardzo drogo, bo warto przypomnieć, że w czasie pandemii rentowności szorowały po dnie (poniżej 1,5 proc.), a incydentalnie udawało się sprzedać nawet papiery z ujemną (!) rentownością. Tak wysokie odsetki powodują, że z roku na rok musimy przeznaczać coraz więcej na obsługę długu – w tym roku prawdopodobnie przekroczymy próg 100 mld zł, a rok wcześniej było to „zaledwie” 72 mld zł. Koszt obsługi długu jest kamieniem młyńskim ciągnącym w otchłań nasz budżet państwa, który nie ma po drugiej stronie nowych dochodów pozwalających pokryć te ekstra wydatki.

Skoro polskie obligacje tanieją, to inwestorzy zagraniczni muszą coś zrobić z otrzymanymi złotówkami, więc kupują euro i dolary, szczególnie, że w USA – w przeciwieństwie do Polski – mogą wzrosnąć stopy procentowe. Przemieszczanie się kapitału na globalnym rynku w poszukiwaniu większych zysków nie jest niczym nowym, ale w  tym roku może mocno doświadczać rynków wschodzących, nie tylko Polski. W efekcie kurs złotego zależeć  będzie nie tylko od decyzji RPP w sprawie obniżki stóp, ale również otoczenia międzynarodowego i polityki monetarnej największych banków centralnych. Tym bardziej, że zbliża się wielkimi krokami rok wyborczy 2027 i można spodziewać się festiwalu populistycznych obietnić w jaki sposób uszczuplić i tak się skromną kasę państwa. Patrzą na to z niepokojem nie tylko inwestorzy na rynku długu, ale również agencje ratingowe – mamy już dwie negatywne perspektywy i  gdyby doszło do obniżki ratingu, zapachniałoby na Wisłą preluduim do kryzysu zadłużeniowego i końca „cudu gospodarczego”, który z niewielkimi przerwami trwa od początku transformacji. Dlatego warto pilnie obserwować złotego i obligacje skarbowe, bo to właśnie tam zobaczymy najszybciej symptomy pogarszającej się sytuacji, podczas gdy na giełdzie może jeszcze trwać w najlepsze hossa.