Zadłużenie USA przebiło symboliczną granicę 40 bln dolarów i jest dowodem, że Biały Dom od wielu lat nie przejmuje się życiem na kredyt,co mocno uderza w rentowności obligacji i kondycję dolara. Na chorobę zadłużenia cierpi wiele rządów, w tym polski, co w końcu może wywołać globalny kryzys zadłużeniowy, który przebije konsekwencjami kryzys z 2008 roku.
Gigantyczna kwota nominalnego długu USA robi wrażenie, ale jeszcze większe fakt, że dług został podwojony(!) w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Oznacza to, że żaden prezydent amerykański, ani demokrata, ani republikanin, nie przejmuje się długiem publicznym i zadłuża największą potęgę gospodarczą świata zachodniego bez oglądania się na konsekwencje. A te mogą ostatecznie być bardzo poważne. I to z kilku przyczyn. Po pierwsze Ameryka wydaje na obsługę zadłużenia już ponad bilion dolarów rocznie, to jest gigantycznym obciążeniem dla budżetu. Po drugie problemy z limitem zadłużenia pojawiają się regularnie i aby zapobiec „shutdownowi” co rusz jest podwyższany po ostrych politycznych targach w Kongresie, aby nie doszło do kompromitacji i państwo amerykańskie nie stanęło. Po trzecie inwestorzy, widząc masową produkcję długu amerykńskiego, każą sobie słono płacić i rentowności szybują do poziomów historycznie niewidzianych wcześniej. Po czwarte, obrywa też dolar, ponieważ waluta tak koszmarnie zadłużonego kraju powinna się osłabiać, choć trzeba przyznać, że inwestorzy dotychczas zawsze wracają do niego jako „bezpiecznej przystani”, jeśli tylko coś niepokojącego zaczyna się dziać na świecie. Niemniej rodzi się pytanie: ile jeszcze razy gracze postawią na dolara jako na walutę rezerwową zanim dojdą do uzasadnionego wniosku, że „król jest nagi”?
Generalnie mamy sytuację, która pachnie kryzysem fiskalnym w USA o skutkach trudnych do przewidzenia. Wyprzedaż amerykańskich obligacji i dolara może być zapalnikiem nie tyle do korekty na Wall Street, co wręcz krachu przebijającego wszystko, co do tej pory widzieliśmy na rynkach finansowych, ponieważ na fali hossy AI indeksy giełdowe zostały wyśrubowane do kosmicznego poziomu. Konsekwencje zadłużenia w USA widać także poza Ameryką, ponieważ choroba nadmiernego zadłużenia jest dość powszechna wśród krajów rozwiniętych, przede wszystkim w Unii Europejskiej. Wystarczy spojrzeć na galopadę rentowności obligacji 30-letnich USA, aby zobaczyć skalę utraty zaufania inwestorów do gotowości Białego Domu do opanowania deficytu budżetowego i okiełznania długu – poziom ponad 5 proc. notowany był po raz ostatni dwie dekady temu. Co więcej, papiery dziesięcioletnie idą też na „piątkę”, bo rentowność wynosi 4,7 proc., a w kwietniu było to jeszcze jedynie 4,25 proc. Wyprzedaż amerykańskich obligacji ma niepokojącą skalę, szczególnie, że następuje bardzo szybko, co zapewne spędza sen z powiek wszystkim, którzy ulokowali swoje rezerwy w wydawałoby się pewnych papierach Wuja Sama. Papiery trzymane masowo przez japońskich czy chińskich inwestorów tracą na wartości, co może wywołać reakcję łańcuchową jeśli najwięksi wierzyciele USA straciliby zaufanie do amerykańskiego długu i nie tylko odmówili kupna nowych lub rolowania starych, ale rzuciliby swoje ogromne zasoby na rynek, doprowadzając do załamania cen obligacji, co byłoby wprost nokautem dla dolara.
Sytuacja w USA cieniem kładzie się m.in. na Wielką Brytanię i wiele państw Unii Europejskiej, które są zadłużone po uszy, a nigdzie nie ma politycznej woli, aby naprawiać finanse publiczne, lecz na sztandarach wypisane są populistyczne hasła: „Pieniądze znajdą się na wszystko”. W efekcie dziesięcioletnie papiery brytyjskie przebiły próg 5 proc. rentowności, a wydawałoby się najbezpieczniejsze i będące benchmarkiem niemieckie Bundy chodzą już po 3,25 proc. Gospodarka niemiecka oczywiście ma swoje problemy strukturalne, ale to poziomy nie widziane od dwóch dekad, co wskazuje, że odwrót inwestorów od obligacji jest powszechny i nie oszczędza żadnego kraju. Tym bardziej Polski, która zmaga się z ogromnym deficytem i pęczniejącym długiem publicznym, którego żadna siła polityczna nie ma zamiaru ani hamować, ani zmniejszać, tym bardziej, że za rok wybory parlamentarne… Polskie dziesięciolatki doszły do blisko 6 proc. i pod tym względem w Unii Europejskiej przebija nas jedynie pogrążająca się w kryzysie fiskalnym Rumunia (7 proc.), a taniej pożyczają nawet Węgry odzyskujące zaufanie inwestorów po tragicznym okresie „orbanomiki”. Oznacza to dla naszego kraju coraz większe koszty obsługi długu, które dobijają do 100 mld zł rocznie przy całkowitych dochodach państwa jedynie 648 mld zł.
Jeśli presja na rentowności obligacji się utrzyma i ani Biały Dom, ani Fed (amerykański bank centralny) czegoś nie wymyślą, aby uspokoić wierzycieli, to wkroczymy na ścieżkę prowadzącą do kryzysu fiskalnego, który rozleje się na cały zadłużony świat i nikt w Polsce nie będzie mógł powiedzieć, że „nasza chata z kraja”, tak samo jak było w 2008 roku w wyniku kryzysu finansowego zapoczątkowanego także w USA.