Finanse publiczne

Projekt budżetu na 2027 rok potwierdza, że rząd w roku wyborczym nie zamierza oszczędzać, tylko nadal zadłużać państwo na ogromną skalę. Tymczasem koszty obsługi puchną, ponieważ nie dość, że nominalnie dług jest coraz wyższy, to zamieniany jest „stary i tani” na „nowy i drogi”, skoro rentowności obligacji szybują.

Rząd odkrył karty budżetowe i można powiedzieć, że nikogo nie zaskoczył, bo zaciskanie pasa w roku wyborów parlamentarnych wydawało się prawdopdobne jedynie w kategoriach science fiction, bo przecież rządząca koalicja marzy o utrzymaniu władzy, co sprowadza się do obłaskawania wyborców oraz niepodejmowania ryzykownych politycznie projektów, w szczególności ograniczania kosztownych transferów socjalnych. Zatem mamy w komplecie i bardzo wysoki deficyt budżetowy, i rekordowe emisje obligacji i równie rekordowe koszty obsługi długu publicznego.

Prognozowane dochody państwa mają sięgnąć 695 mld zł, zaś wydatki aż 978 mld, czyli dziura wynosi rekordowe 283 mld zł. Oznacza to, że produkcja obligacji skarbowych będzie szła pełną parą, aby zaspokoić potrzeby budżetu obciążone szerokim wachlarzem sztywnych wydatków, w dużej mierze wynikających z socjalnego rozdawnictwa ostatniej dekady na na czele z programem 800+ i tzw. trzynastą i czternastą emeryturą (nie są to emerytury, tylko dodatkowe świadczenia wynikające z decyzji politycznych podjętych przez poprzednie rządy). Mamy mieć tak gigantyczny deficyt pomimo, że prognozowany jest wzrost zarówno wpływów z VAT jak i CIT,  co wynika ze wzrostu konsumpcji oraz całej gospodarki. Swoje do deficytu dołożyła studnia bez dna, czyli wydatki na ochronę zdrowia – mają wzrosnąć o 26 mld zł względem niedoszacowanego (zresztą od lat tradycyjnie) budżetu zdrowotnego w 2026 roku.

Wprost dramatycznie wzrosną koszty obsługi długu, które są coraz cięższym kamieniem młyńskim dla budżetu. W przyszłym roku na  ten cel ma pójść aż 107 mld zł. Po pierwsze przełamana zostanie granica psychologiczna 100 mld zł, a po drugie to aż o 17 mld zł więcej niż przewidziano na 2026. Tak wielki skok kosztów obsługi długu wynika nie tylko z rosnącego nominalnie zadłużenia, czyli nowych emisji obligacji, ale również rolowania starego długu. Polska ma jeden z najniższych wskaźników zapadalności długu w całej Europie, co oznacza, że często musi zamieniać „stare” obligacje na „nowe”, bo przecież nie wykupuje papierów. Sęk w tym, że jeszcze kilka lat temu rentowności obligacji były czysto symboliczne (Polska sprzedała nawet incydentalnie papiery z ujemną rentownością, czyli nabywcy… dopłacali do długu), a obecnie rentowność papierów dziesięcioletnich dochodzi aż do 6 proc. Różnica w rentownościach w rolowaniach obligacji jest kolosalna i winduje koszty obsługi długu ograniczając po drugiej stronie możliwości wydatków na cele rozwojowe kraju. Mówiąc wprost: coraz więcej naszych podatków idzie tylko na odsetki dla posiadaczy długu. Sytuacja na rynku długu jest bardzo trudna, bo problemy z nadmiernym zadłużeniem ma wiele państw na czele z USA i Wielką Brytanią, co powoduje, że inwestorzy coraz więcej każą sobie liczyć za ryzyko pożyczania zadłużonym po uszy państwom. Zatem szanse na spadek rentowności  polskich papierów na razie są mgliste, a ewentualne pogorszenie sytuacji na globalnym rynku długu może nasze rekordowe koszty obsługi jeszcze podnieść, jeśli rentowności wzrosną o kolejne punkty procentowe. Próg bólu rentowności dla krajowych obligacji wynosi ok. 9 proc. i w ostatnich latach był dwukrotnie testowany, wywołując panikę na ulicy Świętokrzyskiej, gdzie mieści się resort finansów.

Projekt budżetu na 2027 skonstruowany został tak, jakby Polska od dwóch lat wcale nie znajdowała się w unijnej procedurze nadmiernego deficytu, bo wcale nie widać działań mających ścignąć deficyt do poziomu 3 proc. wynikającego z traktatów unijnych. Deficyt gg ma sięgnąć 7,1 proc., podobnie jak w 2026 roku. Jak na razie Bruksela patrzy przez palce na plany konsolidacji finansów publicznych w Polsce, które pełne są zaniechań, zarówno po stronie dochodowej jak i wydatkowej. Ale pytanie jak będą reagować inwestorzy kupujący polskie obligacje, bo skoro nie widać szans na podjęcie odważnych decyzji politycznych skutkujących podwyższeniem dochodów i ograniczeniem wydatków, to plan realnej konsolidacji pozostaje na papierze.

Długoterminowo gromadzą się nad Polską czarne chmury z powodu spodziewanego spowolnienia gospodarczego. W tym roku gospodarka rośnie solidne 3,8 proc., ale w przyszłym ma to być już znacznie mniej, bo rząd przewiduje w 2027 wzrost tylko o 3 proc., a w kolejnych latach prognozy mówią, że zobaczymy z przodu „dwójkę”. Oznaczać to będzie problemy dla budżetu i długu, jeśli po wyborach parlamentarnych nie będzie chętnych do podjęcia odważnych decyzji naprawy finansów publicznych. W sumie mamy kolejny ryzykowny budżet, bez szans na konsolidację finansów publicznych. Wystarczy iskra na rynku długu, abyśmy stanęli oko w oko z kryzysem, jakiego jeszcze w transformacji nie doświadczyliśmy…