Polityka monetarna

Przyśpieszająca inflacja od Ameryki po Europę ponownie spędza sen z powiek szefom banków centralnych, którzy są między młotem a kowadłem: z jednej strony nie dopuścić, aby ceny znowu wyrwały się spod kontroli, a z drugiej nie zabić droższym kredytem wzrostu gospodarczego, szczególnie rachitycznego w strefie euro. Do kompletu mamy jeszcze obawy przed rosnącym kosztem obsługi długu publicznego, który winduje rentowności obligacji do szokujących poziomów.

Wojna USA z Iranem wybuchła w momencie, kiedy wydawało się, iż na długie lata banki centralne będą miały ulgę po stłumieniu inflacji powstałej na skutek pandemii COVID-19 i kryzysu energetycznego. Oczywiście nie można zapominać, że same też przyłożyły się, i to potężnie do wzrostu cen, bo od kryzysu finansowego w 2008 roku dodrukowały morze dolarów, funtów, jenów i euro, kompletnie rozregulowując tanim pieniądzem rynki finansowe. Drukowanie pieniędzy tak weszło w krew bankierom i kibicującym im politykom, że wywołało najpierw inflację aktywów (akcje i nieruchomości), a następnie producencką i czysto konsumencką, która przeraziła społeczeństwa do takiego stopnia, że banki centralne w końcu musiały na wyścigi podnosić stopy procentowe. I właśnie w okresie, gdy inflacja w wielu krajach i obszarach gospodarczych wróciła lub wracała do celu inflacyjnego rozpętana została wojna, która uderzyła w rynek ropy, rozlewając się inflacyjnie na gospodarki.

Efekt mamy taki, że inflacja w USA wynosi 3,4 proc., w strefie euro – 3,3 proc., a na naszym podwórku – 3,4 proc. Biorąc pod uwagę, że cele inflacyjne wynoszą wszędzie z grubsza 2 proc. (w Polsce 2 proc. plus/minus 1,5 pkt. proc.), to banki centralne powinny przejść od polityki „wait and see” do bardziej zdecydowanych działań, czyli podwyżek stóp procentowych. Sęk w tym, że każdy ma poważne dylematy czy to robić już teraz i ewentualnie na jaką skalę. Wspólnym mianownikiem jest główna przyczyna inflacyjnej presji, czyli ceny energii, a przede wszystkim paliw. Rozwiązania takie jak u nas CPN to jedyne doraźne działania, obliczone na udobruchanie rozeźlonych wyborców. Na szczęście ceny żywności nie dołączyły jak na razie do paliw i są hamulcowym, ale to marne pocieszenie konsumentów, kiedy wojna z Iranem niestety eskaluje i cena baryłki ropy coraz bardziej oddala się od 90 dolarów w górę.

W USA jest ogromna presja polityczna prezydenta Trumpa na nowego szefa Fed i całą rezerwę federalną, aby stopy obniżać, a nie podwyższać. Próby ręcznego sterowania polityką monetarną według własnego widzi misie przez Biały Dom jak na razie są bezskuteczne, pomimo łajania członków Fed jak małych chłopców na posyłki. Zatem podniesienie stóp procentowych w USA stało się sprawą polityczną, szczególnie w obliczu wyborów do Kongresu i spadającej popularności prezydenta. Niemniej na dłuższą metę amerykański bank centralny raczej nie pozwoli na kolejną w krótkim czasie erupcję inflacji i pomimo konsekwencji politycznych może podnieść cenę kredytu. Takich politycznych dylematów na pierwszy rzut oka nie mają władze Europejskiego Banku Centralnego (EBC), który co prawda cieszy się niepodważalną niezależnością, ale nie jest ślepy na problemy strefy euro z rachitycznym wzrostem gospodarczym i koszmarnym zadłużeniem wielu państw, a czele z Włochami i Francją,  które z powodów politycznych nie są w stanie przeprowadzić skutecznej konsolidacji finansów publicznych. Dlatego decyzja EBC o stopach będzie wyborem mniejszego zła, szczególnie po wyborach w Saksonii-Anhalt i radykalizacji wielu społeczeństw Zachodniej Europy na wzór AfD. Bankierzy strefy euro nie tracą też z oczu rosnących rentowności obligacji, także niemieckich, które osiągnęły 3,4 proc. niewidziane od ponad dekady.

Wyprzedaż obligacji strefy euro jest szczególnie nie na rękę najbardziej zadłużonym państwom, bo podnosi koszt obsługi długu publicznego. Problemy z rentownością na tym samym tle ma także Polska, bo pozostając poza strefą euro doszła do 6,2 proc. w papierach dziesięcioletnich, a w projekcie budżetu na przyszły rok koszty obsługi długu mają podskoczyć z 90 do aż 107 mld zł (problemy potęguje krótka zapadalność naszego długu, co powoduje obecnie rolowanie taniego długu z ostatnich lat po bardzo wysokim koszcie). Co prawda gospodarka polska rozwija się w bardzo szybkim tempie blisko 4 proc. i droższy kredyt nieco by ją tylko schłodził, ale trzeba mieć z tył głowy, że to już łabędzi śpiew takiego szybkiego rozwoju, gdyż na przyszły rok zaplanowano wzrost 3 proc. i coraz słabiej z roku na rok, aż do jedynie 2 proc. w 2030 r., co nałoży się na zbliżający się kryzys fiskalny z powodu braku politycznej woli przeprowadzenia konsolidacji fiskalnej i przekroczenie progów ostrożnościowych wynikających z ustawy o finansach publicznych oraz Konstytucji. Jak widać każdy bank centralny ma swoje dylematy i każda decyzja będzie miała wymiar nie tylko gospodarczy, ale i polityczny. Pewne jest jedno: decyzje największych banków wyznaczą ścieżkę dla mniejszych, bo uruchomią gigantyczne globalne przepływy finansowe.