Dług publiczny

Należymy do zadłużonych państw, które w przyszłym roku planują rekordowo dużo pożyczyć w obligacjach, ponieważ zamiast przeprowadzać konsolidację fiskalną wolimy nadal żyć na kredyt. Sęk w tym, że konkurencja o kapitał inwestorów jest niezwykle silna nie tylko z innymi państwami, ale także z sektorem prywatnym, który finansuje na potęgę centra danych i projekty AI. W efekcie zapłacimy rekordowe odsetki, które coraz bardziej wypychają z budżetu wydatki prorozwojowe.

Ostatnie miesiące to masowy wzrost rentowności obligacji dłużników, przede wszystkim tych, którzy mają w nosie jakiekolwiek oszczędności i są przekonani, że można wiecznie jechać na długu. Na globalnym rynku obligacji mamy rentowności jakich nie oglądaliśmy nie tylko od pandemii COVID-19, ale nawet kryzysu finansowego w 2008 w USA. Inwestorzy na potęgę pozbywają się obligacji rządowych, jakby parzyły ich w ręce, czyli robią kompletnie odwrotnie niż pięć lat temu, kiedy ze strachu przed skutkami pandemii byli gotowi kupować rządowe papiery nawet z ujemną rentownością, czyli faktycznie do nich dopłacać, aby mieć je za wszelką cenę w portfelu. Dotyczyło to nie tylko uznawanych za superbezpieczne niemieckie „Bundy”, które są benchmarkiem w Europie, ale nawet pojedynczych emisji polskich papierów.

Czasy ujemnych rentowności niestety dla rządów minęły i nadszedł okres pożyczania drogo, drożej, jeszcze drożej… Dotyczy to przede wszystkim najbardziej zadłużonych państw, które są w klinczu politycznym uniemożliwiającym jakiekolwiek działania w kierunku naprawy finansów publicznych, na czele z USA, Wielką Brytanią i Francją. Niestety, Polska należy do tego niesławnego klubu dłużników, którzy są na cenzurowanym z powodu apetytu na dług i klinczu politycznego. Efekt jest bardzo niebezpieczny dla naszego budżetu, bo pożyczamy już na blisko 6,5 proc. (dziesięcioletnie papiery), co sprawia, że płacimy jak za zboże nie tylko za nowoemitowane obligacje (potrzebujemy pożyczyć blisko 300 mld zł w przyszłym roku), ale również rolując stare emisje, zaciągane przecież w przeszłości znacznie taniej. To wszystko powoduje, że skokowo w przyszłym roku mają nam wzrosnąć koszty obsługi długu publicznego: z 90 do 107 mld zł przy dochodach budżetu niespełna 700 mld.

 

Żadnym pocieszeniem nie jest fakt, że podobnie jak my, czyli dużo i drogo zadłużają się nawet mocarstwa, które okazuje się, że stoją na glinianych finansowych nogach. Przykładowo rentowności dziesięcioletnich obligacji USA sięgają 5,3 proc. (na początku 2022 było to raptem 1,5 proc.), a „trzydziestki” jeszcze więcej. Inwestorzy widzą w USA tę samą chorobę co u nas: nieopanowany pęd do generowania długu podsycany polityczną nieodpowiedzialnością, bo zawsze gdy grozi shutdown Republikanie i Demokraci jednak dogadują się w sprawie podwyższenia limitu zadłużenia i karawana jedzie dalej. Tyle, że coraz drożej… Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, gdzie próby przeprowadzenia niepopularnych reform fiskalnych napotykają na społeczny i polityczny opór, więc państwo grzęźnie w długu coraz bardziej, a rentowności doszły do 5,4 proc. i niestety nie widać światełka w tunelu. To samo, a nawet w większym stopniu dotyczy najbardziej chorego „człowieka” w UE, czyli Francji, która ma przed sobą wybory prezydenckie, więc nie czas na zaciskanie pasa, bo ludzie wyjdą na ulice w żółtych kamizelkach. Efekt? Francuzi płacą blisko 5 proc., a w ostatnich tygodniach rentowność obligacji przypomina wjazd kolejką pod stromą górę. Dostają w kość nawet Niemcy, których problemy strukturalne w gospodarce i zawał sektora automotive zmuszają do pożyczania na 3,5 proc. Na tym tle jasno świeci gwiazda… Grecji, która na tle innych pożycza tanio (4,3 proc.), a warto przypomnieć, że była  bohaterem kryzysu zadłużeniowego 2020-2012, kiedy spektakularnie zbankrutowała. Naprawiła jednak finanse publiczne, ma ok. 2 proc. nadwyżkę budżetową i przestała być „czerwoną latarnią”na rynku długu UE.

Jakby mało było apetytu na kapitał dłużny ze strony wielkich zadłużonych po uszy państw, to szał na punkcie centrów danych i szeroko rozumianej branży AI powoduje, że inwestorzy naprawdę mają wybór komu pożyczać. Jeśli państwa występują w roli „forced client”, to muszą akceptować warunki finansowania jakie dyktują im wierzyciele, bo inaczej nie zobaczą ani dolara czy złotówki świeżego długu, a przecież starego nie mają wcale zamiaru oddawać, tylko rolować bez końca. Dlatego można zaryzykować twierdzenie, że świat zmierza do zadłużeniowego przesilenia, które będzie pochodną trudnej sytuacji politycznej dłużników a z drugiej strony apetytu nowych gałęzi gospodarki na dług, bo jak przecież nawiązując do słynnego filmu „Ziemia obiecana”: „A kto dziś buduje fabrykę za własne pieniądze?!”. Jeśli część kapitału pożyczonego na rozwój AI i centrów danych nie wróci do właścicieli, bo wiele projektów może przecież zakończyć się klapą, rykoszetem dostaną także państwa, bo generalnie wzrośnie globalne ryzyko kredytowe. Niestety, apele w Polsce i Europie o naprawę finansów publicznych są jak rzucanie grochem o ścianę, więc na razie inwestorzy pasą się na odsetkach dłużników, w tym Polski. A jeśli z jakiegoś powodu spanikują, to może dojść do takiej wyprzedaży papierów, że zobaczymy eksplozję rentowności. Warto pamiętać, że ostatnie wielkie kryzysy, które zachwiały światową gospodarką (kryzys finansowy 2008, kryzys strefy euro 2010-2012) miały źródło właśnie na rynku obligacji…