Skutki wojny na Bliskim Wschodzie spadły jak grom z jasnego nieba na rynek obligacji rządowych i przerwały spadek rentowności: zamiast spaść trwale poniżej 5 proc. ponownie ruszyła do poziomu 6 proc. Oznacza to, że rząd będzie zmuszony płacić inwestorom jak za zboże, a wydatki budżetu na odsetki poszybują w górę.
A miało być tak pięknie… Pod koniec lutego rentowności dziesięcioletnich obligacji skarbowych zeszły poniżej granicy 5 proc. – ostatni raz były na tym poziomie na przełomie 2023/2024. Wydawało się, że pomimo problemów z ograniczeniem deficytu budżetowego (wobec Polski jest wdrożona unijna procedura nadmiernego deficytu – EDP) inwestorzy finansowi ufają ministrowi finansów i swoimi zakupami po coraz wyższych cenach otworzyli drogę do spadku rentowności, która byłaby adekwatna do skali i tempa obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. W ten sposób zrobiliby „prezent” rządowej kasie, nawet jeśli nie widać po stronie rządu i prezydenta ochoty do podjęcia odważnych decyzji podatkowych, które z jednej strony ograniczyłyby wydatki państwa, a z drugiej podniosłyby jego dochody, także dzięki nowym daninom, bo przecież dziura w budżecie pozostaje gigantyczna. Wśród polityków mamy do czynienia nie z chęcią uzdrowienia finansów publicznych, ale z kalkulacjami politycznymi przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi w 2027 r.
I kiedy politycy już witali się z gąską w ogródku, wybuchł konflikt na Bliskim Wschodzie, który wszystkie takie kunktatorskie kalkulacje wyrzucił do kosza, bo inwestorzy zachowali się jak zawsze w sytuacji kryzysowej: przeprosili się z dolarem i odwrócili od aktywów rynków wschodzących. Owszem, ktoś może naiwnie powiedzieć, że skoro propagandowo jesteśmy już w grupie państw G20, to nie powinno nas to wiele obchodzić, ale okazało się, że inwestorzy mają nasze G20 w głębokim poważaniu i rzucili się do wyprzedaży polskich obligacji, tak samo jak robili to przy okazji poprzednich kryzysów. Rentowności papierów dziesięcioletnich błyskawicznie podskoczyły do 5,9 proc. i dopiero wówczas doszło do niewielkiej korekty, ale oscylują wokół 5,7 proc. To oczywiście znacznie mniej niż podczas słynnego 2022 roku, kiedy rentowności wystrzeliły dwukrotnie do 8-9 proc. i zapachniało w Polsce kryzysem finansowym, który uderzyłby w banki napakowane po sufit rządowymi papierami, ale sytuacja zrobiła się niepokojąca. Na tyle, że resort finansów posunął się do dawno niewidzianego odwołania przetargu obligacji z uwagi na wysoką zmienność i niestabilność rynków finansowych. Zatem zastosowało jak na razie starą jak świat taktykę „wait and see”, mając nadzieję, że wojna szybko się zakończy, a rentowności wrócą do poziomów w okolicach „piątki minus”. Ale na razie na zakończenie wojny się nie zapowiada, więc pytanie co dalej…
Nagły wzrost rentowności to zła wiadomość dla resortu finansów w kilku powodów. Po pierwsze dziura w budżecie jest gigantyczna i państwo musi nie tylko masowo rolować „stare” obligacje na „nowe”, ale także emitować masę nowych papierów. Polska od lat żyje na kredyt, a wydatki socjalne z ostatnich lat wprowadziły do budżetu wiele wielomiliardowych sztywnych wydatków, na które państwo nie ma pokrycia na czele z horrendalnie drogim programem 800+, który z rzekomo demograficznego stał się czysto socjalnym i do tego bez żadnych ograniczeń. Zatem państwo nie dość, że zamienia stary, często tańszy dług na droższy nowy, to jeszcze zadłuża się w drogim pieniądzu, czego chyba kompletnie nie oczekiwało. W tym roku wydatki na odsetki dojdą do 90 mld zł, co oznacza skok rok do roku aż o 19 proc. (!) wobec 2025 roku. Jeśli dodamy do tego kwoty na obsługę tak chętnie zaciąganego przez poprzedni i obecny rząd długu pozaparlamentarnego, to na liczniku dojdziemy do ok. 115 mld zł. Porównując to z mizernymi blisko 650 mld zł dochodami całego państwa można dojść do wniosku, że zaczynamy głównie spłacać odsetki zamiast przeznaczać pieniądze na inwestycje i rozwój. To sytuacja bardzo niebezpieczna i dalsze brnięcie w hodowanie długu przy tak wysokich rentownościach może doprowadzić do tego, że inwestorzy, szczególnie zagraniczni, zaczną traktować Polskę jak Węgry mające najdroższy dług z powodu katastrofalnej gospodarczej Orbanomiki. Zatem w interesie rządu i społeczeństwa jest, aby rozwój wydarzeń na Bliskim Wschodzie poszedł pozytywnie dla rynków finansowych, bo w przeciwnym razie czekają nas turbulencje z długiem publicznym, przede wszystkim jego kosztem, które mogą uderzyć nie tylko w ratingi, ale także stabilność finansową państwa.