Perspektywy gospodarcze

Od prawie dwóch lat realnie rosną płace w większych przedsiębiorstwach, co jest dobrą wiadomością dla zatrudnionych, ale już nie dla frontu walki z inflacją. W czerwcu dynamika płac ponownie przebiła oczekiwania ekonomistów i sięgnęła aż 9 proc., przy jedynie 4,1 proc. inflacji. Z jednej strony mamy ponadprzeciętnie wysokie wzrosty wynagrodzeń w branżach przeważnie państwowych (górnictwo, energetyka), a z drugiej prywatni przedsiębiorcy również – na mniejszą skalę- dają podwyżki, bo nie chcą stracić pracowników.

Presja płacowa ma ogromny wpływ na kondycję gospodarki, ale również ma silny kontekst polityczny. Widać to po branżach, w których dobrze się zarabia i otrzymuje wielorakie nagrody, i w których toleruje się przerost zatrudniania, aby był zapewniony tzw. spokój społeczny, jak to określano za czasów poprzednich rządów do 2023 roku. Chodziło o to, aby pozyskać i utrzymać pracowników-wyborców za pomocą ustępstw płacowych na niespotykaną skalę. Dlatego szczególnie w państwowym górnictwie związkowcy z reguły dostawali to co chcieli, bez długoterminowego patrzenia na kondycję finansową spółek oraz perspektywy koniunktury. A przecież o rynku surowcowym mówi się nie bez powodu, że jest to rynek „króla i żebraka”, czyli gdy surowce są drogie, to właściciele mają dywidendy, a pracownicy podwyżki, ale gdy przychodzi dekoniunktura, to szybko okazuje się, kto – używając słów klasyka amerykańskich finansów – pływa w za krótkich spodenkach. Koszty osobowe w górnictwie staną ponad 50 proc., co przy dekoniunkturze (spadek cen węgla) szybko wpędza firmy w straty i może zagrażać nawet ich egzystencji, o ile ponownie państwo nie dosypie pieniędzy. I z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia, co widać po sektorowym wzroście płac, gdzie liderem jest górnictwo (plus 21 proc.) oraz pokrewna energetyka (15 proc.). Przed 2024 rokiem wystarczyło, że w górnictwie grożono strajkami albo demonstracjami, aby wyśrubowane postulaty płacowe były realizowane na polityczne zamówienie. Efekt jest taki, że mamy ogromne straty w górnictwie, a mimo to branża nadal pozostaje liderem we wzroście płac, co kłóci się z jakimkolwiek rachunkiem ekonomicznym, ale oczywiście wszystko się zgadza w rachunku politycznym.

Warto dodać, że wspomniany wzrost płac o 9 proc. nie dotyczy całej gospodarki, a jedynie ok. 40 proc. zatrudnionych w firmach z przynajmniej 10 pracownikami, więc w szerszej skali jest zapewne niższy, ale prywatni przedsiębiorcy również są zmuszani do podwyżek płac, aby zatrzymać pracowników. Tym bardziej, że nadal spada zatrudnienie, ponieważ mamy bardzo negatywne trendy demograficzne – społeczeństwo się starzeje, coraz większe grupy odchodzą na emerytury. Biorąc pod uwagę obecną niepewność gospodarczą, ryzyko geopolityczne oraz rozwój sztucznej inteligencji, automatyzację i robotyzację, wiele firm dwa razy się zastanowi zanim zatrudni nowych ludzi na miejsce tych, którzy odchodzą. Tym bardziej, że udział kosztów pracy w polskich firmach osiągnął największy poziom w historii – praca stała się droga, co obniża konkurencyjność zarówno na rynku krajowym, jak i jednolitym rynku unijnym, od którego zależy „być albo nie być” wielu firm. Na razie stopa bezrobocia rejestrowanego oscyluje wokół 5 proc. (minimalnie ostatnio drgnęła w górę do 5,1 proc.), więc nikt nie podnosi alarmu, ale spadek stopy zatrudnienia jest niepokojącym sygnałem i powinien dać decydentom politycznym dużo do myślenia. Podwyżki wynagrodzenia minimalnego w poprzednich latach były tak ogromne, że dla wielu firm, szczególnie zagranicznych, opłacalność działalności w Polsce się zmniejszyła, stąd głośne przypadki zamykania zakładów lub przenoszenia produkcji do innych państw, gdzie płace są korzystniejsze. Jeśli ze wzrostem wynagrodzeń nie idzie w parze wzrost wydajności pracy, to sami kręcimy sobie bat, bo wcześniej czy później konkurencyjność gospodarki stanie się problemem, także politycznym dla tych, którzy doprowadzili do rozkręcenia spirali płac w poprzednich latach.

Pozostaje jeszcze wpływ realnego wzrostu płac na inflację, która była prawdziwą zmorą ostatnich pięciu lat. Im większy realny wzrost, czyli różnica do inflacji, tym więcej realnie mogą gospodarstwa domowe wydać. Teoretycznie to dobrze, bo przyczyni się do wzrostu konsumpcji, pociągnie w górę PKB, a rząd dostanie więcej z podatków. Jednak „przejedzenie” wyższych płac jest paliwem dla inflacji i może ograniczyć skalę oczekiwanych obniżek stóp procentowych przez RPP. Jest jedno dobre lekarstwo – wzrost oszczędności. I w tym kierunku prawdopodobnie idziemy, ponieważ konsumpcja prywatna nie rośnie tak, jak by oczekiwali tego ekonomiści (w czerwcu jedynie 2,2 proc., czyli z grubsza o połowę mniej od prognoz). Zatem w interesie walki z inflacją i obniżek stóp jest, aby część ekstra pieniędzy z realnego wzrostu płac szła na odbudowę oszczędności zdemolowanych podatkiem inflacyjnym.