Polityka gospodarcza

Polska dotarła do ściany pod względem hojnej polityki socjalnej i populistycznych obniżek podatków. Na przyszły rok zapowiada się kolejny najwyższy w historii deficyt budżetowy, a na horyzoncie kolejne plany obniżające dochody państwa, które mają być sfinansowane z nierealnych pomysłów na ściągnięcie większych danin z wielkich firm, oczywiście najlepiej zagranicznych. Gdy inwestorzy zagraniczni zorientują się, że sytuacja z budżetowa robi się fatalna zażądają wyższych odsetek od i tak drogiego długu.

Mamy blisko końcówkę 2025 roku, który miał być ostatnim bez realnej reformy finansów publicznych, bo wiadomo, że z powodów politycznych (wybory prezydenckie) nikt nie chciał nawet kiwnąć palcem, aby zwiększyć dochody państwa lub ograniczyć wydatki (głównie socjalnie). Jednak wynik wyborów poszedł nie po myśli rządzącej koalicji i perspektywy budżetowe na przyszły rok są znowu fatalne, bo nowy prezydent jest przeciwny podnoszeniu podatków, a rząd kombinuje jak i gdzie uzyskać dodatkowe miliardy złotych. Na pierwszy ogień poszedł bankowy CIT i akcyza. Dość szokująca podwyżka CIT od banków na 2026 wywołała popłoch na warszawskiej giełdzie, ale wcale nie jest pewne, czy taka ustawa zostanie zaakceptowana przez prezydenta. To samo dotyczy podwyżki akcyzy na alkohol i papierosy. Jednak jeśli spojrzymy na oczekiwane kwoty przez rząd z podwyżki tylko tych dwóch danin, to widać, że to i tak kropla w morzu budżetowych potrzeb: odpowiednio 6,5 mld i 2 mld zł. Tymczasem potrzeba wręcz dziesiątków miliardów złotych, aby ustabilizować finanse publiczne w obecnym stanie, czyli bez realizacji prezydenckich planów dotyczących obniżenia PIT oraz podniesienia kwoty wolnej od podatku, które wyceniane są na kilkadziesiąt miliardów. Lada moment poznamy projekt budżetu na 2026 rok i może być to bardzo przykra niespodzianka, która zostanie surowo oceniona przez rynki finansowe, czyli rentowności rządowych obligacji pójdą w górę, jeśli inwestorzy nie zobaczą politycznej woli, i to po obydwu ośrodkach władzy, aby wreszcie realnie zająć się naprawą finansów publicznych, bo przecież trzeba wreszcie społeczeństwu powiedzieć głośno, że nie stać nas na „irlandzkie podatki i szwedzkie wydatki”. Ale do tego potrzeba odwagi politycznej i determinacji, aby wziąć odpowiedzialność za niepopularne decyzje fiskalne i socjalne.

Warto przytoczyć kilka liczb, aby pokazać w jak trudnej sytuacji się znajdujemy i że państwa nie stać na wszystko, jak przekonywała władza przed 2023 rokiem, która sypała kasą na lewo i prawo coraz bardziej brnąc w dług. Wystarczyło zaledwie pięć lat do 2024 roku, aby dług publiczny wzrósł o blisko bilion złotych (do ponad 2 bln zł). Walnie przyczyniła się do tego realizacja programu 500+ (obecnie 800+), którego dotychczasowy koszt do końca tego roku szacuje się na 400 mld zł. Jeszcze większe wrażenie robi obecny roczny koszt programu 800+ w relacji do dochodów budżetowych, bo stanowi aż 10 proc.(!) wszystkich dochodów zaplanowanych na 633 mld zł. Państwo oczywiście potrzebuje wydawać dużo więcej pieniędzy niż pozyskuje z danin, więc mamy w tym roku rekordowy deficyt budżetowy 289 mld zł, aby domknąć wydatki opiewające na 922 mld zł. I to wszystko przy wiadomo już nierealnych założeniach budżetowych wzrostu gospodarczego (3,9 proc.) i inflacji (5 proc.).

Zatem na naszych oczach bankrutuje polityka wyborcza pod hasłem „nic co dane, nie zostanie odebrane”, bo albo coś trzeba będzie jednak odebrać (np. wprowadzić kryterium dochodowe do świadczenia 800+) lub podnieść podatki nie o symboliczne kilka miliardów złotych, lecz o kilkadziesiąt, a do tego jednak potrzeba podwyżki podatku VAT, więc żarty naprawdę się kończą. Nie mówiąc już o tym, że powinniśmy w przyszłym roku zredukować deficyt sektora rządowego, który w tym roku wyniesie rekordowe 6,6 proc. Tym bardziej, że jesteśmy przecież w unijnej procedurze nadmiernego deficytu, a kolejnego ulgowego roku (z powodów politycznych) Bruksela nam zapewne nie podaruje. Oczywiście można jeszcze próbować sztuczek z różnymi metodologiami liczenia długu, pokazując bardziej Państwowy Dług Publiczny (PDP) niż dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (EDP), ale to niewiele da. Dług pozaparlamentarny – pomimo zmiany rządu prawie dwa lata temu – trzyma się mocno i rząd z niego chętnie korzysta, skoro z 400 mld zł ma on w tym roku urosnąć do 450 mld zł, a do 2028 – aż 600 mld zł. Jak by kreatywnie nie liczyć długu publicznego, to idziemy bardzo szybko na zderzenie z konstytucyjnymi progami ostrożnościowymi, nie mówiąc już o kryteriach z Maastricht (tutaj 60 proc. pokonamy w przyszłym roku prawie na pewniaka).

Zatem władza polityczna niezależnie od opcji powinna zadać sobie na poważnie pytanie jak dalej prowadzić finanse publiczne, bo nie ma „darmowych lunchów”, szczególnie gdy do stołu siadają zagraniczni inwestorzy mogący w każdej chwili sypnąć obligacjami skarbowymi i zdołować złotego. Dla liczących, że w przyszłym roku jakoś się nam upiecze z budżetem i długiem warto przypomnieć niedawny przykład Wielkiej Brytanii, gdzie próba realizacji kosztownych zmian podatkowych i zasypywanie dziury nowym długiem skończyła się ekspresową dymisją premiera oraz koniecznością interwencji Banku Anglii, bo funt i obligacje rządowe zaczęły wręcz tonąć. Przed nami dopiero ważna debata: na co stać Polskę, a na co nie. Jeśli populizm weźmie górę, to rynki finansowe szybko polityków sprowadzą na ziemię, tylko dużym kosztem. Dalsze obniżanie dochodów państwa to droga do nikąd, bo chcąc przynajmniej utrzymać socjal na poziomie dotychczasowym trzeba podnosić podatki, nie tylko od banków i alkoholu, ale także inne, a przede wszystkim wytłumaczyć społeczeństwu dlaczego to konieczne.