Polityka monetarna i fiskalna

Dopiero po sześciu latach inflacja ma szanse trwale wrócić do celu inflacyjnego. Doświadczyła po drodze miliony gospodarstw domowych drożyną jakiej nie widziały od początku transformacji. Jej źródłem były nie tylko pandemia COVID-19, wojna w Ukrainie i kryzys energetyczny jak chcieliby politycy, szczególnie poprzedniej władzy, ale przede wszystkim gigantyczne transfery socjalne i długo pobłażliwa wobec wzrostu cen polityka monetarna, zblatowana z luźną polityką fiskalną podporządkowaną za wszelką cenę zdobywaniu wyborców i wygrywaniu kolejnych wyborów.

Inflacyjne święto, czyli spadek poniżej celu inflacyjnego 2,5 proc. plus/minus 1 pkt proc., spadło na ekonomistów trochę z zaskoczenia, bo przewidywano, że inflacja spadnie w listopadzie z 2,9 proc. do 2,6 proc., a tymczasem zameldowała się na poziomie 2,4 proc. (rok do roku). Mniejsza od oczekiwań była też inflacja w ujęciu miesięcznym – wzrost o 0,1 proc. Zanim wszyscy będą się najprawdopodobniej cieszyć z kolejnej obniżki stóp procentowych Rady Polityki Pieniężnej warto przeanalizować sekwencję zdarzeń, która doprowadziła nas po drodze do ponad 18 proc. inflacji na początku 2023 roku i ostatecznie dość desperackich podwyżek stóp procentowych, które z rekordowo niskiego w historii poziomu poszybowały do poziomu 6,75 proc. Bo ogromna w tym rola polityki, dla której stabilność cen była ofiarą złożoną na ołtarzu.

Inflacja w Polsce rozpętała się wcale nie z początkiem COVID-19 (marzec 2020 roku), lecz już kilka miesięcy wcześniej, obciążając rząd i sterników polityki pieniężnej. Pierwszy pomruk inflacji usłyszeliśmy w końcówce 2019 roku – rok zamknął się na poziomie 3,4 proc. A już w styczniu 2020 roku wskaźnik inflacji eksplodował do 4,3 proc., który był wyraźnie powyżej celu inflacyjnego NBP – wtedy rozpoczął się pochód inflacji, który z kilkoma krótkimi przerwami, jak w maju 2020 roku, kiedy odczuliśmy – paradoksalnie zbawienny wpływ lockdownu – bo z powodu zamknięcia gospodarki wzrost cen wyhamował chwilowo do 2,9 proc. W ostatnim „przedcovidowym” miesiącu wzrost cen doszedł do 4,7 proc., bez żadnej reakcji ze strony Rady Polityki Pieniężnej, aby zdusić inflację w zarodku, a główna stopa wynosiła wówczas jedynie 1,5 proc. – najmniej w historii. Wyborcy mieli się cieszyć tanim kredytem, bo dawał korzyści polityczne, bez oglądania się na konsekwencje. Liczyło  się utrwalenie władzy politycznej i temu została podporządkowana luźna polityka fiskalna i monetarna. Zatem późniejsze propagandowe próby przerzucania odpowiedzialności za inflację na pandemię, która owszem dołożyła się, ale z opóźnieniem do inflacji – były tylko polityczną manipulacją mającą na celu wykazanie nieomylność rządzących, podczas gdy w sprawie oceny zagrożenia inflacją mylili się seryjnie. Dlatego można postawić tezę, że początek epopei sześcioletniej inflacji został wprost wyhodowany na krajowym podwórku. W jaki sposób? Dynamicznie rosnąca konsumpcja była przede wszystkim podsycana gigantycznymi transferami socjalnymi, którym sprzyjał środek cyklu wyborczego (np. rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko w połowie 2019). Program socjalny gonił program socjalny, emeryci dostali tzw. 13. i później 14. emeryturę (to polityczne świadczenia dodatkowe, bez związku z kryteriami emerytalnymi jak np. wielkość zgromadzonych składek). W reakcji na pandemię główna stopę procentową obniżono do zaledwie 0,1 proc., co tylko dolało inflacyjnej oliwy do ognia. Było to o tyle łatwe działanie, że stopy procentowe, nie tylko w Polsce, ale i wielu innych krajach, zostały uznane za instrument walki z przewidywaną recesją gospodarczą. Szczytem ekonomicznej ignorancji było wówczas straszenie społeczeństwa nie inflacją, ale jej… odwrotnością – deflacją. Propagandowe pobrzękiwanie szabelką, że my się inflacji nie boimy, zostało jednak bardzo szybko skarcone przez jej kolejne wzrosty. Nie pomogły zaklęcia, że inflacja jest „przejściowa”, albo że skoro dynamika płac jest wyższa od wzrostu cen, to nie ma się czym przejmować. Brak podwyżek stóp i tolerowanie wysokiej inflacji był ogromnym grzechem zaniechania, za który społeczeństwo zapłaciło tzw. podatkiem inflacyjnym idącym w setki miliardów złotych.

Kolejnym politycznym wytrychem tłumaczącym nie tylko wzrost inflacji, ale także jej długą – nawet na tle innych krajów – żywotność był wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie oraz kryzys energetyczny. Owszem, były to czynniki wpływające na inflację, ale równolegle trwał – podsycany kolejnymi wyborami – festiwal socjalnych danin, które dostarczały paliwa na konsumpcję. Wysoka inflacja bazowa (bez cen energii i żywności) dowodziła lokalny, krajowy problem z inflacją, a nie wynikający jedynie z zewnętrznych szoków. Warto o tym wszystkim pamiętać, kiedy patrzy się z perpektywy na demona inflacji, który przez sześć długich lat nie pozwalała spać spokojnie milionom Polek i Polaków. Podobnie jest z wygodnym politycznie tłumaczeniem obecnych problemów z budżetem i deficytem wydatkami na obronność. Według wyliczeń Fundacji FOR, gdyby Polska w 2024 roku utrzymała w stosunku do wielkości gospodarki strukturę pozostałych wydatków z 2015 roku, to nawet przy obecnych (wyższych) nakładach na obronność i kosztach obsługi długu deficyt wyniósłby zaledwie 0,7 proc. PKB, a nie 6,6 proc. PKB. To także prowadzi do wniosku, że właśnie wzrost wydatków socjalnych odpowiada za większość tej różnicy, tak samo jak przyczynił się do eksplozji inflacji od końcówki 2019 roku.