Prognozowane powszechnie spowolnienie PKB w kolejnych latach będzie miało opłakane skutki dla puchnącego w błyskawicznym tempie długu publicznego, który zbliża się do Rubikonu wyznaczanego nie tylko przez traktaty unijne, ale przede wszystkim ustawę o finansach publicznych i Konstytucję. Pogrzebie raz na zawsze mit bezbolesnego „wyrastania z długu” dzięki wzrostowi PKB.
Na razie sytuacja wydaje się wręcz idylliczna: w debacie publicznej słychać przede wszystkim dumne przekazy o najszybciej rozwijającej się gospodarce w Unii Europejskiej, która jest tak podziwiana i powinna być wzorem dla innych, w tym sąsiadów zza Odry, że miejsce w G20 należy nam się jak psu buda. Sęk w tym, że owszem na tle generalnie słabnącej UE wyglądamy na liderów, ale coraz bardziej przypomina to sprzedażowe pokazywanie historycznych wysokich słupków zysków funduszy, bez gwarancji, że mogą się one powtórzyć. Co więcej, w tym wypadku powtórne wejście na ścieżkę szybkiego rozwoju, gdy mieliśmy „piątkę” lub „czwórkę” z przodu jest nierealne z powodów strukturalnych zmian w gospodarce: tania siła robocza i tania energia nie jest już naszym atutem konkurencyjnym i nadal nie potrafimy wyjść z gospodarki opartej na naśladownictwie do modelu innowacyjnego z wysoką produktywnością. To że pracujemy dużo na tle innych już po prostu nie wystarczy. Dlatego coraz bardziej realne jest, że w kolejnych latach szybciej zobaczymy „dwójkę” z przodu zamiast utrzymania „trójki”, którą mamy obecnie. Niestety, nadal lecimy w PKB przede wszystkim na silniku konsumpcji prywatnej oraz inwestycjach publicznych, zaś prywatne jak kulały, tak kuleją, a to właśnie one powinny być podstawą perspektywicznie rozwijającej się gospodarki, bo konsumenci mogą się przecież w końcu złapać za portfele, a strumień pieniędzy unijnych np. z KPO będzie przecież systematycznie wysychać.
W pierwszym kwartale tego roku wzrost gospodarki sięgnął 3,5 proc., więc działa kojąco na inwestorów (w 2025 roku było to 3,6 proc.). Ale według prognoz ekonomistów z tegorocznego Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie, o ile w tym roku powinniśmy jeszcze utrzymać poziom wzrostu 3,5 proc. PKB, to w kolejnym – wyborczym – będzie to już tylko 3 proc., a w kolejnych spadniemy do odpowiednio: 2,9 proc. i 2,6 proc.. Ale są także badania firm doradczych oraz Komisji Europejskiej, z których wynika, że poniżej „trójki” znajdziemy się już w przyszłym roku. I będzie miało to poważne konsekwencje dla całej gospodarki, a szczególnie wskaźników długu publicznego, bo w przestrzeni publicznej nadal pokutuje przekonanie, że można bezkarnie zwiększać zadłużenie, skoro PKB również dynamicznie rośnie, czyli wyrastać z długu. To pogląd tym bardziej chętnie głoszony, że nie wymaga żadnych działań, aby uzdrowić finanse publiczne i dokonać konsolidacji zarówno po stronie wydatków, jak i dochodów. A warto przypomnieć, że od dwóch lat jesteśmy w unijnej procedurze nadmiernego deficytu, przedstawiamy na papierze środki zaradcze, ale deficyt finansów publicznych zamiast spadać – rośnie. W zeszłym roku sięgnął aż 7,3 proc. i jest na trajektorii wznoszącej od kilku lat: w 2024 r. 6,6 proc. PKB, wobec 5,3 proc. w 2023 r. i 3,4 proc. PKB w 2022 r. W efekcie zejście do zalecanego poziomu 3 proc. w latach 2027-2028 można włożyć między bajki, ponieważ nie ma na to ani politycznej determinacj.
Im niższy wzrost PKB, tym większe problemy ze wskaźnikami zadłużenia, które wprost eksplodowały w ostatnich latach. Najważniejszy – relacja długu do PKB – przebił w tym roku kluczowy poziom 60 proc. wynikający z traktatów unijnych, tyle, że nie ma za bolesnych sankcji, a zwolennicy dalszego zadłużania podnoszą argument, że po co się przejmować jakimiś traktatami, skoro jesteśmy poniżej średniej unijnej wynoszącej ponad 80 proc., a w UE nie brakuje państw – na czele z Włochami i Grecją – mającymi grubo ponad 100 proc. Sęk w tym, że zwiększamy zadłużenie w tempie z grubsza 5 pkt. proc. rocznie nie tylko w metodologii unijnej, ale także krajowej (PDP), z której wyłączony jest dług pozakonstytucyjny ulokowany w PFR czy BGK. I jesteśmy na dobrej drodze do przekroczenia w 2028 roku, a być może już w 2027 roku, granic 55 i 60 proc. wynikających z ustawy o finansach publicznych i limitu długu zapisanego w Konstytucji. Politycy, niezależnie od opcji, tak chętnie zadłużają kraj, że spadek dynamiki PKB jest im bardzo nie na rękę, bo tym bardziej obnaży słabość finansów publicznych, co może się skończyć obniżką ratingów.
Autorzy raportu „Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2025” przygotowanego przez Instytut Odpowiedzialnych Finansów w partnerstwie i ze wsparciem pomysłodawcy projektu Fundacji Przyjazny Kraj oraz Instytutu Finansów Publicznych, przewidywali bez ogródek: „W sytuacji niskiego lub umiarkowanego wzrostu gospodarczego i niskiej inflacji, a z takimi zjawiskami prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia w najbliższych latach, wyrastanie z długu się nie wydarzy. Potrzebne są rzeczywiste działania konsolidacyjne po stronie rządu. Inflacja nie będzie już „spłacać” w sposób ukryty zadłużenia tak jak to było w latach poprzednich.” Co prawda inflacja znowu lekko ruszyła w górę, ale wspomniane prognozy PKB są niepokojąco zgodne co do szybkiego spadku dynamiki. Dlatego w tegorocznej edycji raportu autorzy konkludują: „Wyrośnięcie” z deficytu i długu to nie strategia, to życzenie”…