Dług publiczny rośnie w tak zastraszającym tempie, że za kilka lat czeka nas bolesna konsolidacja finansów, która spadnie na jakikolwiek rząd wyłoniony po wyborach parlamentarnych w 2027 roku.
Najnowsza prognoza zarządzania długiem PL odkryła ścieżkę zadłużeniam, która nieuchronnie prowadzi do przekroczenia progu 55 proc. relacji do PKB z ustawy o finansach publicznych i kieruje niebezpieczenie do konstytucyjnej granicy 60 proc. Chodzi o dług liczony wg krajowej metodologii, czyli Państwowy Dług Publiczny (PDP), który jest zaniżony względem unijnej metodologii EDP, bo nie obejmuje ogromnego długu zgromadzonego i nadal produkowanego w Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskim Funduszu Rozwoju – wg EDP nie tylko pękł już próg 55 proc., ale i 60 proc.
Najnowsze prognozy rządowe są ciekawe – i przerażające zarazem – z kilku powodów. Zakładają, że przy bardzo trudnym budżecie na 2027 rok, który nie zakłada żadnych znaczących oszczędności, nie dojdzie jednak do przekroczenia 55 proc. PDP, ale będzie to jedynie 0,3 pkt proc. poniżej tej granicy. Zatem bufor ma jakielkolwiek nieoczekiwane wydarzenia bijące w budżet państwa praktycznie nie istnieje, a ostatnie lata udowodniły, że „czarne łabędzie” jednak się pojawiają niezależnie od optymizmu polityków: od pandemii COVID-19 po inwazję Rosji na Ukrainę i atak USA na Iran. W całej politycznej kalkulacji chodzi o to, aby się „prześlizgnąć” pod progiem 55 proc. w 2027 r., a „żabę” będzie musiał połknąć jakikolwiek nowy rząd wyłoniony po przyszłorocznych wyborach, bo na 2028 r. prognoza mówi już o 57,4 proc., w kolejnym roku – 58,1 proc., a dopiero w 2030 r. ma nastąpić cud i zmniejsznie relacji o blisko 1 pkt. proc. Oznacza to, że naruszenie ustawy jest planowane na 2028 r., zostanie potwierdzone w 2029 roku i przygotowywanie budżetu na 2030 będzie musiało uwzględnić wszystkie sankcje i procedury sanacyjne przewidziane przez ustawę: od równoważenia budżetu po brak podwyżek dla budżetówki i waloryzację rent i emerytur jedynie o wskaźnik inflacji. Właśnie w tym przewidywanym spadku o blisko 1 pkt. proc. relacji długu PDP do PKB ukryta jest trudna dla wielu do zaakceptowania wiadomość, że trzeba będzie ściąć wydatki i zwiększyć dochody o kilkadziesiąt miliardów złotych po każdej stronie, czy się to komuś będzie podobało czy nie. Minister finansów zapewnia, że w perpektywie 2030 nie zostanie naruszony konstytucyjny próg 60 proc. długu do PKB, co byłoby katastrofą dla gospodarczą i społeczną, ponieważ trzeba by przeprowadzić zaciskanie pasa na gigantyczną skalę. Chyba że… cała klasa polityczna dojdzie do wniosku, że trzeba ratować swoje interesy i dogada się w sprawie zmiany ustawy o finansach publicznych i Konstytucji RP. Taki scenariusz: „stłucza Pan termometr, nie będzie Pan mieć gorączki” jest oczywiście możliwy, tylko otwarte pozostaje pytanie jak zareagują na to inwestorzy na rynku długu, szczególnie zagraniczni, którzy pomimo posiadania zaledwie ok. 20 proc. długu to rozdają karty na rynku wtórnym. A już obecnie widać, że tracą cierpliwość dla Polski, bo rentowności obligacji dziesięcioletnich doszły do 6,5 proc., co oznacza, że mamy jeden z najdroższych długów w całej Europie. Fatalnie odbija się to na kosztach obsługi długu w budżecie, bo na 2027 rok przewidziano na ten cel aż 107 mld zł, czyli 17 mld więcej niż w tym roku. Biorąc pod uwagę, że planowane dochody mają sięgnąć 695 mld zł, to spłata odsetek pochłonie 15 proc. (!).
Kolejnym słabym punktem rządowych prognoz jest wzrost PKB, który z roku na rok będzie coraz niższy. W 2027 r. ma spaść do 3 proc. (obecnie wynosi blisko 4 proc.), a na koniec dekady jedynie 2 proc. Oznacza to, że nie ma mowy o tzw. wyrastaniu z długu do PKB, bo dług rośnie, a PKB spada… Upowszechnianie narracji o wyrastaniu z długu jest mydleniem oczu, bo prognozy makroekonomiczne są jednoznacznie pesymistyczne.
W rządowym projekcie budżetu na 2027 najbardziej jednak bulwersuje fakt, że planowany jest ponownie horrendalny, bo aż 7,1 proc. deficyt budżetowy (przy prawdopodobnym 7,3 proc. w tym roku), zatem nie ma żadnych działań w celu naprawy finansów publicznych. Dzieje się tak pomimo obowiązywania od dwóch lat unijnej procedury nadmiernego deficytu, której celem jest zejście deficytu do poziomu 3 proc. wynikaącego z traktatów UE. Zatem prowadzona jest polityka „byle do wyborów” bez podejmowania jakichkolwiek odważnych i odpowiedzialnych działań z zakresie konsolidacji fiskalnej, a Bruksela przymyka na to oko…Tyle, że odsuwanie tego w czasie powoduje, że im później, tym bardziej bolesne będą skutki. Ale jak widać przeważa polityczna kalkulacja, że stanie się to zmartwieniem już kolejnego rządu w 2027 roku… W przyszłym roku trzeba będzie znowu sprzedać nowe obligacje za blisko 300 mld zł, aby zasypać dziurę budżetową i pokryć wszystkie rozdęte wydatki. Niemniej dług publiczny już chwyta rządzących za gardło i nie puści, dopóki wreszcie coś z tym nie zrobią.