Podnosić czy nie podnosić? Oto jest pytanie… – przed takim wyzwaniem stoją bankierzy banków centralnych parafrazując słynny motyw z dramatu Williama Shakespeara. Najnowsze dane wskazują, że hydra inflacji znowu podnosi łeb i marzenia o tańszym kredycie trzeba odłożyć do szuflady, co jest złą wiadomością dla przedsiębiorców i konsumentów. Ale przede wszystkim zadłużonych po uszy państw.
Na razie mamy w Polsce ciszę przed burzą, ale wrześniowy wzrost inflacji do 4,1 proc. (rok do roku) jest niemiłym zaskoczeniem, bo w powiązaniu z brakiem podwyżki stóp na ostatnim posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej rodzi niebezpieczną sytuację. Wskaźnik wyraźnie wyłamał się dynamicznie znacznie powyżej celu inflacyjnego NBP (2,5 proc. plus/minus 1 pkt. proc.), co teoretycznie powinno motywować strażników wartości pieniądza do podjęcia działań. Tymczasem mamy politykę „wait and see”, jakby w oczekiwaniu, że nowy rządowy program ograniczający wzrost cen paliw będzie cudownym lekiem na presję inflacyjną. Tymczasem po wskaźniku inflacji bazowej widać, że rozlewa się na całą gospodarkę. W tej sytuacji dalsze wyczekiwanie może przynieść groźne zjawisko wzrostu oczekiwań inflacyjnych, czyli powszechnego przekonania konsumentów i przedsiębiorców, że będzie jeszcze drożej, więc wydawać trzeba szybciej i więcej, zanim podrożeje. To paliwo dla dalszego wzrostu cen, więc zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych jest niezwykle ważne dla przyszłości ceny pieniądza w kraju. Co prawda jest jeden wielki wygrany wzrostu inflacji, czyli… rząd. Z jednej strony wykłada pieniądze na program CPN, starając się go neutralizować nowym podatkiem, ale wyższe ceny to przecież wyższe dochody z VAT, który jest największą i najważniejszą pozycją w dochodach państwa. Jednak suma zysków i strat jest zdecydowanie na minus dla przedsiębiorców, a przede wszystkim konsumentów, bo wraca koszmar podatku inflacyjnego oraz poszukiwania sposobów ochrony oszczędności przed utrata wartości pieniądza. Dlatego obecnie roztropne zarządzanie stopami procentowymi jest tak niezwykle ważne, aby nie powtórzyć katastrofalnego błędu z pierwszych lat pandemii, kiedy fatalnie spóźniono się z podwyżkami ceny pieniądza i przetestowaliśmy na własnej skórze kilkunastoprocentową inflację oraz mrożącą podwyżkę stóp od blisko zera do aż 6,75 proc. Stopy ruszyły w dół zaledwie trzy lata temu i zapewne nie byłoby obecnie debaty o ile je znowu podnieść gdyby na wiosnę USA nie wywołały wojny w Zatoce Perskiej, co przyłożyło się na silny wzrost cen ropy naftowej. Jednak nadal trzymamy główną stopę na poziomie 3,75 proc., co rodzi pytanie o skutki tak pasywnej polityki monetarnej, tym bardziej, że zagranica działa jednak aktywnie…
Problem z inflacją nie jest problemem polskim, bo szok naftowy wszędzie wywołuje podobny efekt presji inflacyjnej, ale bankierzy centralni w USA czy strefie euro zdecydowali się na podwyżki stóp procentowych. Nawet, jeśli jak w wypadku USA, narażają się na polityczną połajankę, wszak prezydent Trump uważa, że stopy powinny być znacznie niższe, najlepiej koło 1 proc. A nowego szefa Fed wybrał właśnie po to, aby ciął stopy, a nie je podnosił. Tymczasem ten robi odwrotnie… W USA stopy po ostatniej podwyżce wynoszą 3,75-4,00 proc. przy wrześniowej stopie inflacji 3,7 proc. Tymczasem cel inflacyjny w USA wynosi zaledwie 2 proc. i na razie niewiele wskazuje, aby inflacja do niego wróciła. Tym bardziej, że stała się trwale podwyższona, ponieważ już blisko 70 miesięcy jest ponad celem. Tak silna presja inflacyjna powoduje, że rynek wcale nie oczekuje od Fed polityki „wait and see”, tylko podwyżki o „ćwiartkę” jeszcze w tym roku.
Również bankierzy z Europejskiego Banku Centralnego nie zasypiają gruszek w popiele, tylko zabrali się do podwyżek – we wrześniu główna stopa poszła w górę o 0,25 pkt. proc. To już druga w tym roku podwyżka stóp w eurolandzie, który ma świeżo w pamięci destrukcyjny dla gospodarki szok inflacyjny po pandemii COVID-19. Tam również jest problem z inflacją przebijającą w sposób trwały cel inflacyjny 2 proc. Wrześniowy odczyt to aż 3,8 proc., zaś dla inflacji bazowej – 2,5 proc. Bankierzy z EBC podejmując decyzje o podwyżkach stóp z jednej strony chcą okiełznać inflację, ale z drugiej podnoszą koszt finansowania dla firm, a przede wszystkim największych państwowych dłużników, którzy zmagają się długiem publicznym do PKB i tak jak Francja nie potrafią wyjść politycznie z tego korkociągu zadłużenia. Jak widać, wielka polityka obecna jest w decyzjach o koszcie kredytu nie tylko w Ameryce, ale i Europie. A przecież nikt nie chce kolejnego kryzysu zadłużenia w stylu greckim. Niestety brak politycznej woli, aby naprawiać finanse publiczne jest wspólny i dla Polski, i dla USA, i dla strefy euro. Jednak rosnące rentowności obligacji i koszty obsługi długu wcześniej czy później zmuszą rządy do działania.